Skocz do:
Blog /

Sesja medytacyjna warszawskiej wspólnoty medytacji chrześcijańskiej Klasztor Benedyktynów w Samporze na Słowacji, 16-19 marca 2017

Sesja medytacyjna warszawskiej wspólnoty medytacji chrześcijańskiej Klasztor Benedyktynów w Samporze na Słowacji, 16-19 marca 2017

Marcin Styczeń 19.03.2017

Tekst napisany po ostatniej turze piątkowych wieczornych medytacji, kiedy o. Maksymilian skrócił czas medytacji z (2 x 25 min.) do ( 2 x 19 min): 

 “Dwa razy dziewiętnaście minut”

Krzyknął ojciec Maks

Zmęczenie ucichło

Ból zaczął się śmiać

Modlitwa wzięła za rękę Post

A Post Jałmużnę

To było coś

Coś z życzliwości

Takiej ze snów

Coś co się zdarza 

Teraz i tu

Tu gdzie jest trzech

A choćby i dwóch

Polak i Słowak

Tu jest też Bóg

  

Ania Długołęcka

Dla mnie ten wyjazd był piękny i trudny. 

Wspaniale było ze wszystkimi trwać w tej dyscyplinie modlitwy, medytacji i wspólnych posiłków. Gdy się rozstawaliśmy – jak zwykle miałam poczucie, że żegnam przyjaciół, z którymi coś pięknego mnie łączy. Jestem ogromnie wdzięczna za ten czas. I że on był właśnie taki, jaki był. 

Pierwsza konferencja była dla mnie najtrudniejszą konferencją, jakiej do tej pory wysłuchałam z ust (lub za pośrednictwem ust) o. Maxa. 

Zdanie, które wypowiedział ” Smutek i złość są konsekwencją nadmiernej koncentracji na sobie” najpierw wprawiło mnie w osłupienie a potem wywołało wielką niezgodę, z którą pozostaje do dziś. Ale to chyba nie o to chodzi, aby się bezkrytycznie zgodzić ze wszystkim co się słyszy. Skoro to zdanie wywołało taki silny efekt – oznacza to dla mnie, że trzeba się mu przypatrzeć. Prowadzę więc w sercu (szczęśliwie nie cały czas ;-)) taki monolog – i zobaczę do czego ta silna niezgoda na to zdanie mnie zaprowadzi.

 

Piotr Nikołajuk

Z konferencji dla mnie użyteczna jest opowieść o robaku i o wydechach.  Tzn. ta szkoła, która mówi, żeby z każdym wydechem powierzać swoje sprawy Ojcu, tak żeby się przygotować na ostatni wydech, którym ostatecznie się mu powierzymy. Bardzo praktyczna nauka.
Po pierwszej sesji na jakiej byłem w Lubiniu jesienią 2016 roku … głowę mi urwało ;)). Wtedy, kiedy już wyjechałem z klasztoru, pierwszy raz – może od zawsze – miałem tak, że tu byłem ja, potem duża przerwa, regały z towarami, dalej pani sprzedająca na stacji benzynowej, dalej parking z samochodami, dalej autostrada z pędem i hałasem. Ta przerwa między mną a światem była bardzo duża. Chodzi o to, że rozdzieliłem się od świata. Jakbym miał jakąś zbroję ochronną na sobie i pociski bodźców się od niej odbijały.

Sesja w Samporze była dla mnie udana, tym razem też się wyciszyłem i byłem po sesji tu i teraz ale już nie tak bardzo. Przyczyną mogło być dużo od problemów w pracy przez samą sesję czy inna metoda medytacji niż za pierwszym razem.

Na dziś mam też taką koncepcję, że mówienie jest przeceniane. Jeśli ludzie się rozumieją to nie jest potrzebne, jeśli nie rozumieją to i tak rzadko pomaga.
Wracając do domu szukałem w myślach miejsca gdzie jeszcze przysiądę i napiszę to i owo. Pomyślałem, że idealna by była restauracja gdzie się je w ciszy. Ponieważ jestem przedsiębiorcą pardon my french może to jest business opportunity?

 

Ania Fugiel

Czwartek wieczorem, zajeżdżamy na miejsce. Dookoła ciemność. Każda pora ma swoje znaczenie. Spoglądam w górę – niebo pełne gwiazd – jest nadzieja i spokój. Otwarte drzwi i serca czekają już na nas. Wyjątkowe to miejsce i czas. W rytm życia zakonnego wplecione, wymagające dla mnie, trwanie w Obecności. Głośne myśli swobodnie biegają. Nie jest łatwo. Zmęczenie ze skupieniem rywalizują. Na tej drodze umacniają, wspierają i ukierunkowują słowa o. Maksymiliana. Wielki Post – czas przemiany, czas przebudzenia, czas zwiększonej pracy nad sobą, czas Postu, Modlitwy i Jałmużny. W otaczającej, pięknej, słowackiej przyrodzie budzi się powoli do życia wiosna, we mnie jeszcze nieśmiało, pocichutku kiełkuje Słowo. Z początkiem – ciemność, czy z końcem jasność? Wyjeżdżamy w promieniach słońca niedzielnego dnia. Jest nadzieja…

Jeszcze raz dziękuję wszystkim, w szczególności Braciom Benedyktynom za gościnę i życzliwość, ojcu Maksymilianowi za wsparcie słowem i duchem i Wam Drodzy medytujący za ten wspólny czas i obecność, za każdy uśmiech i otwartość. Było mi ogromnie miło trwać w modlitwie z Wami.

Sercem jeszcze tam a ciałem już tu.

 

Malwina Rosman

Trudno jest opisać słowem to, co niewyrażalne. Pan Bóg jest wszędzie i zawsze, zarówno tu i teraz, jak i w każdym miejscu na ziemi. Są jednak miejsca gdzie Pan Bóg chce działać szczególnie. Klasztor Przemienienia Pańskiego w Samporze jest, według mnie, jednym z nich.

 

Agnieszka Łakińska

Daleko do tego Sampora, nie ma co ukrywać – długi czas spędzony w aucie, choć w dobrym towarzystwie i najlepszym z możliwych celów podróży to nawet owych 550 km z okładem nie męczy. Dojechaliśmy jednak już po ciemku, przywitało nas rozgwieżdżone nieprawdopodobnie niebo i serdeczność i ciepło mnichów. Dla nich byliśmy chyba niewiadomą –  pierwsza grupa, na
medytację, na dodatek – z zagranicy i mówiąca w innym języku. Pokrewnym, ale – brzmi inaczej, czasem pewnie śmieszy, a czasem nie wiadomo, co skrywa…

Program nader wyładowany, wspólnych modlitw mnichów więcej niż w Lubiniu (to znana nam rzeczywistość, więc jakoś odruchowo się do niej odwołuję), pobudka wcześniej. Za to śpiewy od 5.30, a potem jeszcze i pogoda wynagradzają niewygody dla ciała. A jak o. Maksymilian mówi o triadzie
post-modlitwa-jałmużna, i dociera do mnie, że ta ostatnia ma być także szczodrością dla innych ale i wyrozumiałością dla własnych braków… I że jak zawsze – i tak zbawienie nie będzie zasługą nas samych, a jedynie wynikiem Miłości Ojca, więc to nie o nas tu chodzi…

Praca na słońcu i z grabiami bądź motyczkami, jak zwykle – pomaga uspokoić ducha i rozmaite porywy, jakie czasem mogą się pojawiać, gdy już wydaje mi się, żem taka uduchowiona. Dobrze jest wrócić na ziemię z tego “wzlotu” jak balon. I pomilczeć, co czasem może nastręczać trudności, i jak to
Polacy – chcemy się wyłamać.

Sobota pod znakiem dżdżu, mimo to widoki z “łąki” (dla mnie bardziej jak połonina) znad klasztoru takie, że chce mi się wracać, jeszcze nie wyjechawszy. Ta chęć mi została, także po niedzielnej pobudce na “ranne hvaly” o 3 rano (ale z dospaniem na 2 godziny po!), po wspólnym siedzeniu
i kręgu dzielenia się odczuciami i przeżyciami. Bardzo jestem wdzięczna o. Maksowi, że z nami zechciał pojechać, s. Rachel, za to samo, całemu “współtowarzystwu” wyjazdowemu, że udało się to zorganizować i zrealizować..  Także  grupie Słowaków, którzy dzielnie z nami medytowali, i starali się porozumieć, choć to my byliśmy u nich. No i – last but definitely not least – nieskończona wdzięczność i ciepłe uczucia wobec wszystkich Samporskich benedyktynów, z ojcem Jozefem na czele – za to, że
nas przyjęli, że podzielili się swymi planami i natchnieniami, że zechcieli nas przyjąć do swego refektarza na obiady (i także znieśli niedostatki naszej kindersztuby w tym zakresie) i w ogóle potraktowali jak część swojej rodziny duchowej.

Mam cichą nadzieję, że uda się Sampor “wpisać w kalendarz medytacji corocznych”, że mnisi to wytrzymają i się na to zgodzą, że jako grupa będziemy też mogli dawać im coraz więcej z naszej strony… Modlitwą, dzieląc się sobą i swoim doświadczeniem, otwierając się na nowe czy nie do
końca znane. Bo nawet jeśli by się udało pojechać tam indywidualnie, to jest to zupełnie inna wartość.
Raz jeszcze – dziękuję Duchowi za to tchnienie idei, byśmy realizowali tę nadgraniczną inicjatywę chwalenia Boga, i i za to, ze mogłam w niej uczestniczyć i ja. I to w takim towarzystwie!

 

Maja Martini

Wydawałoby się, że w Samporze znajdziemy ciszę – reguła milczenia w klasztorze i majestatyczne góry w oddali. Jednak zapamiętam ogłuszające świergotanie ptaków – one chwaliły Pana na głos, beztrosko ignorując nasze postanowienia o trwaniu w ciszy.

 Niezwykła była nasza synchronizacja – jak ławica rybek, wszyscy punktualnie i zgodnie podążali odpowiednio do sali medytacyjnej, kaplicy lub refektarza. Nie było spóźnialskich ani śpiochów. A potem wszyscy odpływali w tym samym kierunku Światła.

 W czasie ceremonii koła mówiliśmy o potworach, które z nas czasem wychodzą – nie widziałam w Samporze żadnego na żywo. Widziałam natomiast ludzi jak anioły – uśmiechniętych, życzliwych, szczodrych. Nie wiem czy byli tacy przed przyjazdem do Sampora, czy to miejsce i wspólna praktyka tak ich przemieniała.

 Wiem tylko, że ten wyjazd mnie uskrzydlił.

 

Monika Żurek

Moje wrażenia z  Sampora na Słowacji?
 Bracia benedyktyni Słowacy przyjęli nas bardzo ciepło, język nie był tak bardzo niezrozumiały, Słowacy, którzy z nami medytowali bardzo szybko stali się częścią całości… I zaskoczenie … w klasztorze benedyktyńskim jest ciepło i to dosłownie wszędzie… Pobyt w Samporze był dla mnie ważny, był to czas zmagań, konfrontacji z własną słabością  oraz walką z  ciągłym skupianiem  na sobie, a raczej z wyobrażeniem o sobie, ciało nie ułatwiało sprawy metaniowe zakwasy dawały znać o sobie … ratunkiem było  ciągłe  powracanie do Słowa … Wszystko w tym  miejscu sprzyjało skupieniu i spotkaniu z ciszą … program dnia, liturgia, piękno śpiewów  i krajobrazów, praca fizyczna, posiłki, konferencje … W drugim dniu, gdy wydawało się, że nie ma  nie wyjścia z tego ciągłego męczącego skupienia na sobie i że nie jest to miejsce dla mnie… nagle jakby delikatne muśniecie, które otwiera drogę nadziei  uświadamiając, że w tym  wszystkim Obecny jest Ktoś większy niż moje biedne ja i czeka… w ciszy… cierpliwie…  moje ja wydaje się wówczas  takie małe  i nieważne…

 

Paweł Śmiłowski

Z nauczania Samporowego najbardziej kołacze mi się tekst (i obraz), o tym Jezus potrafi przemieniać. Jak z piasku czyni szkło lub diament, niby materia ta sama a jakże inna. Poza tym ważne były dla mnie słowa o jałmużnie, którą może być nie tylko ofiarowanie czegoś komuś ale równie dobrze  cierpliwe wysłuchanie i spędzenie czasu.
Poza tym sam klasztor, widoki, las, pięknie modlący się i śpiewający bracia, piękna młoda żywa wspólnota działająca tak, aby we wszystkim był Bóg uwielbiony.

 

Elżbieta Malicka

Obecność jak drobny deszcz
Nawilża ziemię
Nic się nie dzieje
Bolą plecy
To od tego siedzenia czy od pracy?
Twarda darń wokół drzewek
Okopię je motyką,

obłożę nawozem,

może przyniosą owoc…
Prosty kręgosłup, kwadranse ciszy
długi spacer w deszczu, przemoczony goretex
Niezrozumiale słowa modlitwy godzin
Nic się nie dzieje?
Obecność jak drobny deszcz nawilża ziemię
Wyjeżdżam obmyta.

 

Agnieszka Smulska – Kusto

Czas spędzony w Samporze wciąż we mnie gra. I intymnie i uniwersalnie. A to znaczy, że to był dobry czas, bo owoce wciąż się dzieją.

Było mi trudno, bo zmęczone ciało nie chciało. Więc praktyka, przynajmniej z początku, to był dla mnie trud i znój. Ale też nowe otwarcie… W uszach mam konferencję o. Maksa o Wielkim Poście ( Dziękuję :-). Wciąż trzeba to odkrywać na nowo. Teraz przeżywam te tygodnie jeszcze głębiej.

Mam nadzieję, że w każdym spotkanym trudnym przypadku zobaczę robaka z pewnej przypowieści :-)

 Towarzyszyło mi poczucie, że dzieje się coś wyjątkowego. Ten nasz wspólny przyjazd, wspólna modlitwa, w tym z braćmi Słowakami. Miałam poczucie, jakbyśmy razem sadzili ogród.

 Jestem pod głębokim wrażeniem dzieła, jakie powstaje w Samporze, wielkiego zapału Braci Benedyktynów. To miejsce rozkwita.

 

I to wszystko na tle ukochanych gór, czyż można wyobrazić sobie lepsze miejsce do kontemplacji?

Dziękuję Wam wszystkim za współobecność, a Braciom Benedyktynom za gościnę.

 

 Piotr Kusto

“Wreszcie zrozumiałam, że to nie o mnie chodzi, a o Boga” to krótkie świadectwo z ceremonii koła mnie poruszyło. Do mnie też to docierało. Dopiero na tej sesji dosłyszałem, a może Max zaczął to dodawać, albo inaczej akcentować, że w czasie medytacji chodzi o zorientowanie się ku Obecności Boga. Wcześniej słyszałem, że chodzi o obecność… Doświadczyłem na własnej … mówi się skórze, a tu raczej pasuje na … własnej … duszy, że autentyczne porzucenie własnych zmartwień, które wyłażą w czasie milczenia i przylgnięcie do Niego ponad tymi zmartwieniami zmienia coś w człowieku. Zmienia w sposób niedostrzegalny, nie wiadomo jak i kiedy, zmienia w głębi człowieka, do której zmysłami i rozumem, nie mam dostępu. A jednak się wydarza. Zupełnie jak na Camino, na którym spodziewałem się trudnych doświadczeń duchowych niczym łamanie kołem, dziurawienie i tortury umysłu. Zawiedziony byłem, że nic takiego się nie działo. A jednak po powrocie do domu ze zdumieniem odkryłem, że coś się we mnie wydarzyło, zmieniło, zupełnie nie wiem jak i kiedy. Przyszło jak złodziej w nocy. Okradło ze zmartwień, ograniczeń i pozostawiło bardziej oczyszczonego. Tak też było w Samporze. Działo się poza mną, ja jedynie orientowałem się na Jego Obecność.

„Modlitwa, post i jałmużna. To co zewnętrzne, wpływa na to co wewnętrzne, a to co wewnętrzne wspiera to co zewnętrzne. Milczenie i post sprzyja modlitwie, w której jasne okazuje się, to co wymaga postu”. Wystarczy więc zacząć i droga sama okaże kierunek… „Modlitwa i post zmienia serce człowieka, owocem stanie się miłująca życzliwość” Jak w myśli od o. Karola: „Czuwanie (to jest modlitwa) to nie jest ani robienie  ani nie jest to nierobienie. Czuwanie to gotowość na wezwanie” na to co „przychodzi o góry” i w obszarze relacji/spotkania z drugim człowiekiem. Czy taki miałby być objawiany sens życia człowieka, że objawia się on z chwili na chwilę, w każdej sytuacji życia. Wymaga gotowości, aby go dostrzec i na niego odpowiedzieć. Inaczej stracę tę szansę bezpowrotnie. Ach chciałby się poznać swój sens/ten owoc, który mam wydać, „z góry”, w dłuższej perspektywie, zaplanować, zastanowić, przetrawić. A on ma się objawiać w miłującej życzliwości, którą trzeba pielęgnować modlitwą i postem. A może to nie takie trudne, po prostu uznać, że się „zagubiłem w pogoni za świetlikami i zmienić kierunek”.

To właśnie wydaje mi się ważne i to przywiozłem, z tej podróży do miejsca za górami, za lasami, na odległej prowincji, gdzie nowoczesność towarzyszy starodawnej tradycji. Nowoczesność i starożytność w tym miejscu współsą i nawzajem uzupełniają, jak męski i żeński pierwiastek. Porusza mnie w takim miejscu spotkanie z jego mieszkańcami, formowanymi w samotności i ciszy, a płonącymi radością i życzliwością wobec przyjezdnego. Doświadczyłem już tego nie raz, a zawsze mnie zachwyca. Skąd to się u nich bierze?

 

I Bogurodzica. Wzrusza mnie ta pieśń, gdy ja słyszę. Tam łzy płynęły mi „tam w środku” wielkie jak grochy.

 

s. Rachel

za błogosławiony czas modlitwy, która ma czas,

modlitwy, która nie myśli o tym, co się przerwało w połowie,

ani o tym, co trzeba zrobić zaraz po,

dziękuję Ci, Panie

 

za błogosławiony czas budowania wspólnoty,

za ludzi, którzy potrafią wspólnie przebyć tysiąc kilometrów,

za ludzi, którzy potrafią wspólnie milczeć,

za ludzi, którzy potrafią wspólnie być,

dziękuję Ci, Panie

 

za błogosławiony czas wyrywania z przyzwyczajeń,

tych zewnętrznych i wewnętrznych,

za innych braci,

inną liturgię,

inny język,

inny krajobraz,

inną pracę,

dziękuję Ci, Panie

 

za błogosławieństwo drugiego człowieka,

za wspólną ciszę i każde słowo,

za każdy uśmiech i wspólny trud,

za każdy, choćby najmniejszy, krok

za każdy oddech

dziękuję Ci, Panie

 

Monika Figiel

https://goo.gl/photos/XQpgkGbV9cbYzbyx9

napisz komentarz