Skocz do:

Blog

 

Co spowodowało, że zgodziłeś się wystąpić w Klubie POZnaj ToastMasters – w ramach naszego cyklu warsztatów, pt. Laboratorium Mówcy?

 

Kiedy zaprosiłaś mnie, od razu pomyślałem, że to ciekawe wyzwanie. Jeszcze jedna, nowa okazja, by pokazać, że medytacja jest doświadczeniem, które ma wpływ na całe życie i potrafi je przemieniać. Dotyczy więc powszechnej i zwykłej czynności, jaką jest mówienie, a także jej szczególnej formy, którą jest przemawianie. Z reguły prowadzę odosobnienia dla ludzi znających praktykę medytacyjną. Tym razem będę się dzielił doświadczeniem medytacyjnym z ludźmi, którzy – jak przypuszczam – w ogromnej większości nie mieli do czynienia z medytacją. A praktyka ta zawiera w sobie uniwersalny, bezcenny potencjał rozwoju. Jest wartościowym narzędziem samopoznania i pracy nad sobą.

 

Co przez to rozumiesz?

 

Może najpierw uwaga wstępna. Praktyka medytacji w swoich pierwotnych korzeniach związana jest z kontekstem religijnym. W tradycji chrześcijańskiej była i jest traktowana jako forma modlitwy. Nie będziemy się jednak na tym koncentrować. Zajmiemy się uniwersalnym znaczeniem medytacji. Chodzi o doświadczenia, które pomagają nam lepiej żyć. Korzyści jest dużo. Medytacja prowadzi do lepszego kontaktu ze sobą – zarówno jeśli chodzi o nasze ciało, jak i wnętrze (świat myśli, uczuć, wyobraźni, intuicji), a tym samym pomaga w kontakcie z innymi. To praktyka, która buduje w nas silny ośrodek wyciszenia, koncentracji, jasności, dyscypliny. Są to cechy pomocne w każdym aspekcie życia. Medytacja uczy nas być tu, gdzie jesteśmy. Na co dzień zmagamy się z różnego rodzaju rozproszeniami. Trudno nam w pełni, całym sobą robić to, co właśnie robimy. Jeśli jesz, tylko jedz. Jeśli idziesz, tylko idź. Jeśli przemawiasz, tylko przemawiaj. 

 

Medytacja wielu ludziom kojarzy się z odosobnieniem, samotnością, a więc milczeniem a my mówimy o… przemawianiu, które przecież dotyczy kontaktu z ludźmi. Czy nie ma tu sprzeczności?

 

Żadnej. Jestem pewien, że owocnie przemawiać potrafi osoba, która potrafi też milczeć. Zwróć uwagę, że przemawianie to nie tylko wypowiadane dźwięki – słowa, które tworzą zdania. Ale to również rzeczywistość, która dzieje się między słowami, miedzy zdaniami czy fragmentami wypowiedzi. Inaczej mielibyśmy do czynienia ze słowotokiem. Na dobrą przemowę składa się umiejętne stosowanie pauzy, posługiwanie się techniką zawieszenia głosu, akcentowania ciszy, danie słuchaczowi oddechu. To również cenne elementy kontaktu z drugim człowiekiem. Milczenie potrafi przemawiać donioślej niż słowa. Wiedzieć, kiedy mówić i kiedy zamilknąć to wartościowa umiejętność.

 

W jaki sposób medytacja wiąże się ze sztuką przemówień publicznych?

 

To jakby zapytać: w jaki sposób medytacja wiąże się z… życiem? Formalna praktyka medytacji ma oczywiście swoją formę, czas, metodę. Ale z czasem staje się nieformalna, przenikając każdy aspekt życia – także przemawianie. Tych namacalnych związków jest sporo, weźmy np. problem z tremą czy silnymi emocjami, które pojawiają się przed przemawianiem albo w jego trakcie. Medytacja pomaga w wyciszeniu, oczyszcza nasze wnętrze z niepotrzebnych emocjonalno-wyobrażeniowych „śmieci”, które w sobie nosimy, buduje w nas wewnętrzną siłę. W ten sposób pomaga nam przejść przez tremę, być skoncentrowanym na przemawianiu, a nie „przeszkadzaczach”, które mogłyby nas rozpraszać. Albo inny aspekt – związany z ciałem. Podchodzimy do niego z szacunkiem i godnością. W medytacji wskazujemy na wartość wyprostowanego kręgosłupa, który pomaga w utrzymaniu naturalnej, stabilnej, rozluźnionej, elastycznej pozycji ciała. Nasze organy wewnętrzne pracują wtedy najlepiej, bez napięć. Jesteśmy lepiej skontaktowani z naszym ciałem. To wszystko pomaga w przemawianiu – byśmy byli naturalni i swobodnie wykorzystywali jego wrodzony, „aktorski” potencjał podczas wystąpień publicznych.

 

Jak Tobie medytacja pomaga w wystąpieniach, np. kiedy głosisz konferencje?

 

Nawiążę do jednego aspektu medytacji, który jest mi szczególnie bliski: milczenia. To ważna przestrzeń, z której wyrasta przemawianie. Mam na myśli zarówno czas poprzedzający wystąpienie, kiedy trzeba je przygotować oraz czas bezpośrednio przed wygłoszeniem konferencji. Milczenie jest synonimem zatrzymania się i skupienia, przejścia do zasłuchania w sobie, refleksji, zebrania myśli, ułożenia planu. Potrzebuję zamilknięcia, by zrodziło się to, o czym mam powiedzieć.

 

Rozmowa Dariusza Hybla z Basią Bigos z Klubu POZnaj Toastmasters w Poznaniu – spotkanie w ramach warsztatów Laboratorium Mówcy odbędzie się29 sierpnia w Poznaniu ul.Ratajczaka 5/7.

„Modlitwa stanowi natchnienie i wsparcie dla naszego zaangażowania na rzecz pokoju, pomaga bowiem pogłębić nasz wzajemny szacunek jako osób, wzmacnia istniejące między nami więzi miłości oraz pobudza do podejmowania zdecydowanych wysiłków na rzecz wspierania sprawiedliwych stosunków i braterskiej solidarności”.

 

Ojciec Święty podkreślił, że w dzisiejszym świecie, naznaczonym przemocą, terroryzmem i rosnącym zagrożeniem dla ziemi, będącej naszym wspólnym domem, „to świadectwo modlitwy i wspólnie podzielanej troski przekazuje podstawowe przesłanie mężczyznom i kobietom dobrej woli”. Istotnie jako ludzie wiary „wierzymy, że trwały pokój jest rzeczywiście możliwy, wiemy bowiem, że nie ma rzeczy niemożliwych, gdy zwracamy się w modlitwie do Boga” – podkreślił Franciszek. Na zakończenie przywołał na wszystkich „błogosławieństwa Boże”.

 

Orędzie papieża Franciszek do uczestników międzyreligijnego spotkania w intencji pokoju, które rozpoczęło się 3 sierpnia 2017 na świętej dla buddystów japońskiej górze Hiei koło Kioto.

 

WIELKIE UCHO

„Święty Benedykt pisze na początku swojej reguły zakonnej: Słuchaj, synu, nauk mistrza i nakłoń ku nim ucho swego serca. W tradycji zakonnej nazywa się to habitare secum, czyli zamieszkać ze sobą w obliczu Najwyższego, wejść na drogę słuchania serca, żeby odkryć, kim się jest naprawdę. Tego dzisiaj kompletnie nie ma. Żyjemy pod ogromną presją aktywności – czytania, słuchania, dzwonienia, robienia. Nikt nie potrafi się zatrzymać, żeby po prostu być, bez dodatkowych impulsów z zewnątrz. Stymulacja cywilizacyjna jest tak ogromna, że w chwili, kiedy zabrakłoby bodźców, dla wielu byłby to koniec świata. Nie wyobrażam sobie, co by się stało, gdyby na dłużej wyłączyć prąd. Ludzie wpadliby w panikę, bo nie wiedzieliby, jak się zachować.

 

Są uzależnieni od elektryczności?

 

Nie, nie umieją być sami ze sobą.

 

No dobrze. Pobędę sobie w ciszy, pomedytuję przez kilka dni, na przykład u benedyktynów. Odpocznę i nabiorę dystansu do życia. I zaraz po powrocie do domu z nową siłą rzucę się w wir obowiązków.

 

Uważa się, że dla zdrowia psychicznego i higieny wewnętrznej powinniśmy co jakiś czas wyłączyć się z aktywności. W pewnym sensie jest to dobre, bo ludzie rzeczywiście czują potrzebę odpoczynku. Natomiast jeżeli mówimy o głębszym wymiarze milczenia, które ma być spotkaniem z Bogiem, to nie wystarczy wyciszać się co jakiś czas i na jakiś czas. Tu chodzi o przyjęcie pewnego stylu życia. I to wcale nie oznacza, żeby zrobić z siebie samotnika i milczka w mieście, tylko umieć mądrze funkcjonować w tym, co oferuje świat.

 

Mądrze, czyli jak?

 

Na co dzień działamy na zasadzie bodźca i reakcji. Otwieramy rano oczy i zaczyna do nas docierać mnóstwo wrażeń ze świata. Odruchowo na nie reagujemy i nie ma czasu, żeby się zastanowić, co tak naprawdę jest we mnie. Jakie mam myśli, jakie plany na dziś, co mi się śniło, czym się karmię, jakie są moje wartości i cele, czego bym chciał, a czego chcę unikać. To wszystko następuje na zasadzie odruchów i nawyków. Tak mija dzień, kończy się i zaczyna kolejny. Pęd, w którym trudno jest powiedzieć, co się jadło na obiad, nie mówiąc już o tym, jak to smakowało. Gubimy się. I nie ma innej drogi, żeby zobaczyć, kim się jest.

 

No kim? Jestem mężczyzną, mam 185 centymetrów wzrostu, ciemne włosy, mieszkam w Poznaniu. Taki jestem. Każdy wie, kim jest. O co jeszcze chodzi?

 

Wchodząc w ciszę, świadomie zatrzymujemy galopujący umysł, który produkuje milion myśli w różnych kierunkach. Bardzo trudno jest go poskromić, dlatego na co dzień szukamy różnych aktywności, bo wtedy jest łatwiej. Zajmujemy nimi swoją uwagę. Natomiast przyglądanie się własnym myślom pokazuje, co nas karmi. Czemu poświęcamy najwięcej energii w życiu. Zaczynamy mieć coraz więcej kontaktu z tym, co się pojawia nie tylko w naszych uczuciach, ale i w naszej pamięci. Widzimy życie nie jako migawkę, która jest pomiędzy jednym impulsem a kolejnym, tylko jako pewną całość i historię, którą Bóg chce pisać z nami. To jest stara zasada gnothi seauton – poznaj samego siebie, nie poprzez studia nad psychiką, tylko poprzez zatrzymanie i przyjrzenie się temu, co masz w środku”.

 

„Wielkie ucho”, fragment rozmowy Ryszarda Bieleckiego OP z Maksymilianem Nawarą OSB, zamieszczonej w miesięczniku „W drodze”, nr 528 (08/2017),

Wytrwałość w modlitwie.

Gdy obieramy pewien kierunek w życiu, wybieramy określoną życiową drogę (czasem to owa droga wybiera nas), możemy być pewni, że w sposób nieuchronny będziemy musieli zmierzyć się z pytaniem: jak na niej wytrwać? Nie inaczej jest w przypadku praktyki medytacji chrześcijańskiej. Każdy, kto choć trochę zetknął się z tą formą modlitwy, szybko zorientuje się, że trwanie i związana z nim wytrwałość, to nieodłączny i niezwykle ważny element tej duchowej podróży.

 

Wytrwałość definiowana jest w różny sposób, jednak najczęściej jest ona określana jako konsekwentne dążenie do zamierzonego celu.

 

Tu, w kontekście Modlitwy Jezusowej, może pojawić się swego rodzaju pierwsza trudność. Odpowiedź na pytanie: jaki jest cel medytacji, z jednej strony ma być (i jest!) bardzo prosta, jednocześnie jest tak wiele jej wariantów, że każdy musi odpowiedzieć sobie sam na pytanie: Dlaczego? Po co? I dla Kogo? -medytuję.

 

Druga trudność przychodzi razem z rozpoczęciem praktyki. To wszystkie codzienne niedogodności z którymi muszę się zmierzyć. Presja z zewnątrz, by zająć się czymś innym, samopoczucie czasem zależne od pogody, zniechęcenie czy zwyczajnie i po prostu – lenistwo. Sadzę, że jeśli naprawdę i szczerze uporamy się z odpowiedzią na pytania postawione wyżej, poradzimy sobie z tym wyzwaniem, jakim jest znalezienie przestrzeni w naszym życiu na codzienną modlitwę. Płynąca z serca odpowiedź na pytanie dla Kogo medytuję? przekierowuje uwagę z nas na TEGO KTÓRY JEST. A to przecież serce i rdzeń modlitwy.

 

Trzecia trudność dopada nas gdy pokonaliśmy pozostałe. To rutyna. Niebezpieczne, bo  łatwe do przeoczenia zagrożenie, że razem z regularną praktyką wkradnie się w nasze życie swego rodzaju oschłość, a my zostaniemy mistrzami praktykowania ascetycznej dyscypliny, z sercem, które zamiast się rozszerzać – zamieni się w pustynię. Jeśli modlitwa staje się wyłącznie mechanicznym powtarzaniem paru słów, rozmowa z osobą, której możemy zaufać w duchowych rozterkach, powrót do tekstów, które poruszają nasze serce, wreszcie zmiana otoczenia na krótki okres czasu powinny być pomocne.

 

W Piśmie Świętym wiele jest fragmentów, które odnoszą się do wytrwałości, jak choćby przypowieść o wdowie zwracającej się do sędziego o pomoc w trudnej sytuacji, którą otrzymuje dzięki swojemu uporowi (por. Łk 18, 1-5), czy też słowa Pana Jezusa: „Proście a będzie wam dane; szukajcie a znajdziecie; kołaczcie a otworzą wam. Każdy bowiem, kto prosi, otrzymuje; kto szuka znajduje; a kołaczącemu otworzą” (Mt 7, 7-11, Łk 11, 9-13).

 

W przypadku naszej modlitwy, niezależnie od wszystkich przeszkód jakie napotkamy, pomocny będzie fragment Listu do Tesaloniczan, którego słowa nieodłącznie towarzyszą nam w drodze: „Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie. W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was”(Tes 5, 16-18).

 

Malwina Rosman

Pożegnanie

Nie pamiętam, kiedy poznałam o. Karola. Na pewno za życia o. Mateusza.
 
Wczoraj, 20.06.2017 odszedł do Domu najstarszy mnich Lubińskiego Klasztoru.
 
Zyskaliśmy wielkiego orędownika w Niebie.
 
Zamknęła się też pewna epoka.
 
Mam wiele wspomnień związanych z o. Karolem. Każda rozmowa, każde spotkanie, chociażby te na schodach, były na wagę złota.
 
Powiedział mi kiedyś, że młodzi ludzie nazywają Go „Hipopotamem”. Ucieszyłam się. Znalazłam bowiem wiersz Tadeusza Różewicza, w którym przyrównywał św. Tomasza z Akwinu do „hipopotama w żywej wodzie wiary”. Wysłałam Mu ten wiersz. Ucieszył się i podziękował.
 
Mój Boże, tyle wspomnień…
 
Ojcze Karolu, kochamy Cię!
 
D.
 
Warszawa, 21.06.2017
 
zdjęcie: o. Karol z Hiszpanami, którzy odwiedzili klasztor lubiński w trakcie Światowych Dni Młodzieży, lipiec 2016.

śp. o. Karol Meissner OSB (1927-2017)

o. Karol

 

był tutaj

w trawie

znowu ścięli

mały dąbek

przyniosę kamień

wieczność

***

mrok w kościele

pod skrzydłami

anieli schowani

trąby bezgłośne

kratka konfesjonału

jak ukrzyżowanie

łza płonie

cichutko

dla ciebie

narodził się właśnie

łaska

***

głęboki zlew

talerze miski

łyżki co nie utopią

porcelana piany

tafla wody łagodna

w białym fartuchu

obmywa świat

***

znienacka

za drzwiami kościoła

Magnificat

na dziedzińcu

jak w 47 roku

łopoczą habity

te skrzydła brązowe

***

Maria niemowlę

na rękach Anny

podchodzą odchodzą

witają żegnają

klękają padają

w samo południe

patrzy prosto w oczy

niech się stanie

teraz

***

przy ołtarzu

biel obrusa

droga jak brzozy

łagodna

przed oczami

Hostia

przemieniony

przemienia

kotwica uśmiechu

***

słowa psalmu

haust tlenu

zawisły w kościele

po nieszporach

prosto z chóru biegnie

wachlarz kartek w ręku

wykład nieskończony

wielka garść miłości

***

paliły się

ulice domy

ludzie jak pochodnie

zwęglona skóra

psalm bólu

jęki rannych

przesuwają się

jak paciorki różańca

„od spalenia żywcem

zachowaj nas Panie”

 

zapaliłeś płonę

od braku ognia

zachowaj mnie Panie

 

grudzień 2015

 

Paulina Wawer – ten wiersz był moim prezentem dla o. Karola na 50 lecie Jego święceń kapłańskich. Klasztor lubiński bez o. Karola? To się wydaje niemożliwe.

Niedawno u koleżanki, która jest daleko od wiary i Kościoła, usłyszałam starą piosenkę Grzegorza Turnaua. I było to jak olśnienie, jakbym usłyszała ją pierwszy raz:

 

„Czy zdanie okrągłe wypowiesz,
czy księgę mądrą napiszesz,
będziesz zawsze mieć w głowie
tę samą pustkę i ciszę.

 

(…) Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum,
wódka w parku wypita albo zachód słońca,
lecz pamiętaj: naprawdę nie dzieje się nic
i nie stanie się nic – aż do końca”.

 

Tak – to właśnie to! Tyle razu słyszałam i nie usłyszałam. Pawłowe „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus. Choć nadal prowadzę życie w ciele, jednak obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie”. Jeśli myślę, że to co robię jest ważne i moje, to nie umarłam, nie umarło moje ego, nie pozwalam by żył we mnie Chrystus. Merton pisał, że Bóg mówi do nas cały czas, tylko my tego nie słyszymy. Mówi do nas nie tylko w kościele, na rekolekcjach, nie tylko językiem „kościółkowym”, ale wszystkim, dosłownie wszystkim – każdym słowem, spotkaniem drugiego człowieka. Niesamowite to jest – wszystko jest rozmową Boga ze mną! Mam mieć w sobie ciszę, słuchać, usłyszeć i … nic więcej, albo aż tyle. Bez Niego jestem tylko jak pusty dzban.

 

Koleżance powiedziałam: „Nawet nie wiesz jak głęboko chrześcijańskiej piosenki słuchasz”. Bardzo się zdziwiła.

 

Paulina Wawer

 

p.s. U Sióstr Salezjanek 1 czerwca przy talerzu zupy znalazłam małą karteczkę z prostym, fajnym rysunkiem roześmianego dzieciaka „Jesteś dzieckiem Bożym! Wszystkiego najlepszego!”.

Rekolekcje Modlitwa Jezusowa w Ławrze Uniowskiej na Ukrainie- czyli spacer z Bogiem po Raju 29 kwietnia -7 maja 2017.

Ukryta polana wśród leśnych pagórków skrywa w sobie białe budynki – Klasztor Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny. W bramie klasztornej wita nas ogromna mozaika Matki Bożej tzw. Orantka. Tak! To jest Jej Sanktuarium, wszystko co ma nam do ofiarowania to Jej Syn.

 

 Na tle różnych wiosennych deseni wyrasta biel budowli i na czarno ubranych mnichów-studytów krzątających się po zabudowaniach. Wchodząc po drewnianych i skrzypiących schodach odczuwa się obawę, że ich skrzypieniem można zakłócić balsamiczną  i cichą obecność Boga. Poczucie sacrum. Jest piękna wiosna – mnóstwo drzew kwitnących owocowych, setki żółtych mleczy i tysiące stokrotek. Śpiew ptaków, który brzmi tak, jakby śpiewało jednocześnie kilka chórów, różnorodność głosów i wielka harmonia. Wita nas o. Alipiy prowadzący te rekolekcje, który lubi nas pytać na konferencjach: „A dlaczego ptaszki śpiewają?”.

 

Pierwszego dnia przemawiała do nas Ławra-czyli oglądaliśmy dokładnie jej wszystkie zakamarki. Mnisi mieszkali tu od XXI w. i miejsce to zaiste stało się Ikoną Boga. Klasztor, podobnie jak ongiś jest dziś ważnym ośrodkiem kultury sakralnej. W jego zbiorach znajduje się kilkaset ruskich ikon, z których najstarsze pochodzą z XIV w.

 

Zwiedzamy także muzeum poświęcone braciom Szeptyckim: Andrzejowi i Klemensowi. To oni odnowili zakon obecnych tu studytów, który założył Św. Teodor Studyta  na początku VIII w. Na terenach dzisiejszej Ukrainy mnisi ci mieszkali właśnie od X w. do 1700 roku. To właśnie metropolita Andrzej Szeptycki, który przeszedł z obrządku łacińskiego do bizantyjsko-ukraińskiego (tradycji swoich dawnych przodków) zapragnął zakonu, który by swym duchem przypominał pierwsze wieki monastycyzmu. Magnetyzm Sługi Bożego Andrzeja przyciągnął także swojego brata bł. Klemensa, który po rocznym pobycie u benedyktynów w Belgii wraca do Uniowa i pomaga bratu  odnowić  zakon.

 

Dzień rozpoczynamy Modlitwą Pańską wdzięczni za wszystko co dostajemy od Boga, po czym przystępujemy do pracy z ciałem i oddechem. Ćwiczenia ruchowe skorelowane z oddechem wybudzają nasze ciała i umysły poruszając krew i dotleniając każdą komórkę. Poprzez dobrany odpowiedni zestaw ćwiczeń z dnia na dzień uwalniamy z naszych ciał stres i napięcia, które nagromadziły się w nich w ciągu naszego życia. W bezdeszczowe dni ćwiczymy na łonie natury. Towarzyszy nam śpiew ptaków, poranna rosa i promienie wschodzącego słońca. Poranne ćwiczenia pomagają naszym ciałom w ciągu dnia trwać na Modlitwie Jezusowej w nieruchomej pozycji z wyprostowanym kręgosłupem. Taka postawa, wbrew pozorom, jest wygodna i pozwala na dłuższe utrzymanie koncentracji i uwagi podczas praktykowania modlitwy serca – modlitwy, w której pozostajemy wyłącznie do dyspozycji Boga, rezygnując z siebie.

 

Miejsce to zaiste kojarzy się z Rajem o którym czytamy w Księdze Rdz z grzechu pierworodnego Adama i Ewy kiedy Bóg przechadzał się po nim. Nawet na  suficie cerkwi wymalowany jest Raj. O. ihumen Ilia prowadził konferencje każdego dnia rozpoczynając od Księgi Rdz. i omawiając zachowania pierwszych rodziców. Pokazywał jak daleka jest droga do Raju. Jakież pokrewieństwo mamy z pierwszymi rodzicami. Zaiste potrzebne nam ukorzenie i wzywanie „Panie Jezu Chryste zmiłuj się nade mną grzesznikiem”.

 

Cały dzień towarzyszy nam powtarzanie imienia Jezus lub wzywanie wersetu: „Panie Jezu Chryste Synu Boga żywego zmiłuj się nade mną grzesznikiem”. Każdy uczestnik sam wybiera  powtarzany przez siebie werset. Ojcowie Pustyni uczą, że ów werset jest streszczeniem całej Ewangelii. Powtarzanie Imienia przypomina rozkołysana huśtawkę, która po rozkołysaniu kołysze się sama. Podobnie modlitwa przyswojona ‘modli się sama’. Zasypiamy i budzimy się z wezwaniem imienia Jezus. Czasem jest trudno. Orygenes mówi: „…kto zbliża się do Pana zbliża się do ognia” – tu wszystko co nie jest zintegrowane z Nim się oczyszcza. O. Ilija naucza, że także łaska oczyszcza. O. Eugeniusz OMI na każdą sesję medytacyjną przynosi nam Najświętszy Sakrament. Już w starożytności Plotyn mówił: „…jesteśmy tym na co patrzymy”. Jakie Jezus zabiera nam brudy kiedy nas oczyszcza… Po powrocie tak wiele spraw, rzeczy, myśli, uczuć po prostu  nie istnieje.

 

Jednym z ćwiczeń były pokłony tzw. prostracje –  pięćdziesiąt dużych i pięćdziesiąt małych. Dużymi sięgamy ziemi czołem. Małymi dotykamy ziemi dłonią. Całe Pismo Święte jest przepełnione pokłonami. Magowie oddali pokłon Dzieciątku Jezus. Św. Jan widząc Jezusa niebiańskiego w Apokalipsie pada na twarz. Sam Bóg wymaga od nas pietyzmu na modlitwie kiedy mówi do Mojżesza „Zdejmij sandały bo ziemia na której stoisz jest święta” (wj 3. 1-6). I dalej uczy Bóg Mojżesza modlitwy kiedy mówi w drugim przykazaniu „Nie będziesz brał imienia Pana Boga swego nadaremno” (Wj 20.7).

 

Przeżywanie rekolekcji potrzebuje towarzyszenia duchowego. Ojcowie Pustyni opowiadali swojemu przewodnikowi przede wszystkim rzeczy dobre. Okazuje się bowiem, że opowiadane dobro mówiącego utrwala się, a jeśli nie jest dobrem – tylko iluzją – człowiek oczyszcza się ze złudzeń.

 

Codzienne lekcje uważności uwrażliwiają nas na spostrzeganie tego co jest, a nie na poprawianiu tego, co nam się podoba, czy nie pasuje do naszych koncepcji. Na zajęciach praktykujemy uważność – uczymy się słuchać i obserwować nasze ciała, zmysły, emocje a nawet myśli. Wszystko po to, aby wciąż na nowo być obecnym w danej chwili i jej doświadczać nie rozpamiętując przeszłości, nie analizując ani nie snując fantazji na przyszłość.  Całe rekolekcje – z odprawianą tam Liturgią przepełnioną anielskim śpiewem, praktykowaną Modlitwą Jezusową, adoracją Najświętszego Sakramentu, praktyką pokłonów, towarzyszeniem duchowym, lekcjami uważności, pracą z ciałem i oddechem – to jedna Wielka lekcja uważności. Wszystkie zajęcia przeplatają się ze sobą i wzajemnie uzupełniają, a wszystkiemu towarzyszy cisza. Uczymy się być uważni i czujni we wszystkim co robimy. Uczymy się uważności o której mówił Pan Jezus w przypowieści o gospodarzu i złodzieju: „Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie.  A to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o której porze nocy złodziej ma przyjść, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie” (Mt 24, 42-44) – uważność, którą żyjemy i którą po powrocie z rekolekcji zaniesiemy do naszych rodzin, pracy i codziennych obowiązków.  

 

s. Stefania Janiak CSFN

 

O. Maksymilian Nawara o  motywacjach przy wstępowaniu do zakonu – film ze spotkania dominikańsko – benedyktyńskiego w klasztorze w Lubiniu.

Sesja medytacyjna warszawskiej wspólnoty medytacji chrześcijańskiej Klasztor Benedyktynów w Samporze na Słowacji, 16-19 marca 2017

Marcin Styczeń 19.03.2017

Tekst napisany po ostatniej turze piątkowych wieczornych medytacji, kiedy o. Maksymilian skrócił czas medytacji z (2 x 25 min.) do ( 2 x 19 min): 

 „Dwa razy dziewiętnaście minut”

Krzyknął ojciec Maks

Zmęczenie ucichło

Ból zaczął się śmiać

Modlitwa wzięła za rękę Post

A Post Jałmużnę

To było coś

Coś z życzliwości

Takiej ze snów

Coś co się zdarza 

Teraz i tu

Tu gdzie jest trzech

A choćby i dwóch

Polak i Słowak

Tu jest też Bóg

  

Ania Długołęcka

Dla mnie ten wyjazd był piękny i trudny. 

Wspaniale było ze wszystkimi trwać w tej dyscyplinie modlitwy, medytacji i wspólnych posiłków. Gdy się rozstawaliśmy – jak zwykle miałam poczucie, że żegnam przyjaciół, z którymi coś pięknego mnie łączy. Jestem ogromnie wdzięczna za ten czas. I że on był właśnie taki, jaki był. 

Pierwsza konferencja była dla mnie najtrudniejszą konferencją, jakiej do tej pory wysłuchałam z ust (lub za pośrednictwem ust) o. Maxa. 

Zdanie, które wypowiedział ” Smutek i złość są konsekwencją nadmiernej koncentracji na sobie” najpierw wprawiło mnie w osłupienie a potem wywołało wielką niezgodę, z którą pozostaje do dziś. Ale to chyba nie o to chodzi, aby się bezkrytycznie zgodzić ze wszystkim co się słyszy. Skoro to zdanie wywołało taki silny efekt – oznacza to dla mnie, że trzeba się mu przypatrzeć. Prowadzę więc w sercu (szczęśliwie nie cały czas ;-)) taki monolog – i zobaczę do czego ta silna niezgoda na to zdanie mnie zaprowadzi.

 

Piotr Nikołajuk

Z konferencji dla mnie użyteczna jest opowieść o robaku i o wydechach.  Tzn. ta szkoła, która mówi, żeby z każdym wydechem powierzać swoje sprawy Ojcu, tak żeby się przygotować na ostatni wydech, którym ostatecznie się mu powierzymy. Bardzo praktyczna nauka.
Po pierwszej sesji na jakiej byłem w Lubiniu jesienią 2016 roku … głowę mi urwało ;)). Wtedy, kiedy już wyjechałem z klasztoru, pierwszy raz – może od zawsze – miałem tak, że tu byłem ja, potem duża przerwa, regały z towarami, dalej pani sprzedająca na stacji benzynowej, dalej parking z samochodami, dalej autostrada z pędem i hałasem. Ta przerwa między mną a światem była bardzo duża. Chodzi o to, że rozdzieliłem się od świata. Jakbym miał jakąś zbroję ochronną na sobie i pociski bodźców się od niej odbijały.

Sesja w Samporze była dla mnie udana, tym razem też się wyciszyłem i byłem po sesji tu i teraz ale już nie tak bardzo. Przyczyną mogło być dużo od problemów w pracy przez samą sesję czy inna metoda medytacji niż za pierwszym razem.

Na dziś mam też taką koncepcję, że mówienie jest przeceniane. Jeśli ludzie się rozumieją to nie jest potrzebne, jeśli nie rozumieją to i tak rzadko pomaga.
Wracając do domu szukałem w myślach miejsca gdzie jeszcze przysiądę i napiszę to i owo. Pomyślałem, że idealna by była restauracja gdzie się je w ciszy. Ponieważ jestem przedsiębiorcą pardon my french może to jest business opportunity?

 

Ania Fugiel

Czwartek wieczorem, zajeżdżamy na miejsce. Dookoła ciemność. Każda pora ma swoje znaczenie. Spoglądam w górę – niebo pełne gwiazd – jest nadzieja i spokój. Otwarte drzwi i serca czekają już na nas. Wyjątkowe to miejsce i czas. W rytm życia zakonnego wplecione, wymagające dla mnie, trwanie w Obecności. Głośne myśli swobodnie biegają. Nie jest łatwo. Zmęczenie ze skupieniem rywalizują. Na tej drodze umacniają, wspierają i ukierunkowują słowa o. Maksymiliana. Wielki Post – czas przemiany, czas przebudzenia, czas zwiększonej pracy nad sobą, czas Postu, Modlitwy i Jałmużny. W otaczającej, pięknej, słowackiej przyrodzie budzi się powoli do życia wiosna, we mnie jeszcze nieśmiało, pocichutku kiełkuje Słowo. Z początkiem – ciemność, czy z końcem jasność? Wyjeżdżamy w promieniach słońca niedzielnego dnia. Jest nadzieja…

Jeszcze raz dziękuję wszystkim, w szczególności Braciom Benedyktynom za gościnę i życzliwość, ojcu Maksymilianowi za wsparcie słowem i duchem i Wam Drodzy medytujący za ten wspólny czas i obecność, za każdy uśmiech i otwartość. Było mi ogromnie miło trwać w modlitwie z Wami.

Sercem jeszcze tam a ciałem już tu.

 

Malwina Rosman

Trudno jest opisać słowem to, co niewyrażalne. Pan Bóg jest wszędzie i zawsze, zarówno tu i teraz, jak i w każdym miejscu na ziemi. Są jednak miejsca gdzie Pan Bóg chce działać szczególnie. Klasztor Przemienienia Pańskiego w Samporze jest, według mnie, jednym z nich.

 

Agnieszka Łakińska

Daleko do tego Sampora, nie ma co ukrywać – długi czas spędzony w aucie, choć w dobrym towarzystwie i najlepszym z możliwych celów podróży to nawet owych 550 km z okładem nie męczy. Dojechaliśmy jednak już po ciemku, przywitało nas rozgwieżdżone nieprawdopodobnie niebo i serdeczność i ciepło mnichów. Dla nich byliśmy chyba niewiadomą –  pierwsza grupa, na
medytację, na dodatek – z zagranicy i mówiąca w innym języku. Pokrewnym, ale – brzmi inaczej, czasem pewnie śmieszy, a czasem nie wiadomo, co skrywa…

Program nader wyładowany, wspólnych modlitw mnichów więcej niż w Lubiniu (to znana nam rzeczywistość, więc jakoś odruchowo się do niej odwołuję), pobudka wcześniej. Za to śpiewy od 5.30, a potem jeszcze i pogoda wynagradzają niewygody dla ciała. A jak o. Maksymilian mówi o triadzie
post-modlitwa-jałmużna, i dociera do mnie, że ta ostatnia ma być także szczodrością dla innych ale i wyrozumiałością dla własnych braków… I że jak zawsze – i tak zbawienie nie będzie zasługą nas samych, a jedynie wynikiem Miłości Ojca, więc to nie o nas tu chodzi…

Praca na słońcu i z grabiami bądź motyczkami, jak zwykle – pomaga uspokoić ducha i rozmaite porywy, jakie czasem mogą się pojawiać, gdy już wydaje mi się, żem taka uduchowiona. Dobrze jest wrócić na ziemię z tego „wzlotu” jak balon. I pomilczeć, co czasem może nastręczać trudności, i jak to
Polacy – chcemy się wyłamać.

Sobota pod znakiem dżdżu, mimo to widoki z „łąki” (dla mnie bardziej jak połonina) znad klasztoru takie, że chce mi się wracać, jeszcze nie wyjechawszy. Ta chęć mi została, także po niedzielnej pobudce na „ranne hvaly” o 3 rano (ale z dospaniem na 2 godziny po!), po wspólnym siedzeniu
i kręgu dzielenia się odczuciami i przeżyciami. Bardzo jestem wdzięczna o. Maksowi, że z nami zechciał pojechać, s. Rachel, za to samo, całemu „współtowarzystwu” wyjazdowemu, że udało się to zorganizować i zrealizować..  Także  grupie Słowaków, którzy dzielnie z nami medytowali, i starali się porozumieć, choć to my byliśmy u nich. No i – last but definitely not least – nieskończona wdzięczność i ciepłe uczucia wobec wszystkich Samporskich benedyktynów, z ojcem Jozefem na czele – za to, że
nas przyjęli, że podzielili się swymi planami i natchnieniami, że zechcieli nas przyjąć do swego refektarza na obiady (i także znieśli niedostatki naszej kindersztuby w tym zakresie) i w ogóle potraktowali jak część swojej rodziny duchowej.

Mam cichą nadzieję, że uda się Sampor „wpisać w kalendarz medytacji corocznych”, że mnisi to wytrzymają i się na to zgodzą, że jako grupa będziemy też mogli dawać im coraz więcej z naszej strony… Modlitwą, dzieląc się sobą i swoim doświadczeniem, otwierając się na nowe czy nie do
końca znane. Bo nawet jeśli by się udało pojechać tam indywidualnie, to jest to zupełnie inna wartość.
Raz jeszcze – dziękuję Duchowi za to tchnienie idei, byśmy realizowali tę nadgraniczną inicjatywę chwalenia Boga, i i za to, ze mogłam w niej uczestniczyć i ja. I to w takim towarzystwie!

 

Maja Martini

Wydawałoby się, że w Samporze znajdziemy ciszę – reguła milczenia w klasztorze i majestatyczne góry w oddali. Jednak zapamiętam ogłuszające świergotanie ptaków – one chwaliły Pana na głos, beztrosko ignorując nasze postanowienia o trwaniu w ciszy.

 Niezwykła była nasza synchronizacja – jak ławica rybek, wszyscy punktualnie i zgodnie podążali odpowiednio do sali medytacyjnej, kaplicy lub refektarza. Nie było spóźnialskich ani śpiochów. A potem wszyscy odpływali w tym samym kierunku Światła.

 W czasie ceremonii koła mówiliśmy o potworach, które z nas czasem wychodzą – nie widziałam w Samporze żadnego na żywo. Widziałam natomiast ludzi jak anioły – uśmiechniętych, życzliwych, szczodrych. Nie wiem czy byli tacy przed przyjazdem do Sampora, czy to miejsce i wspólna praktyka tak ich przemieniała.

 Wiem tylko, że ten wyjazd mnie uskrzydlił.

 

Monika Żurek

Moje wrażenia z  Sampora na Słowacji?
 Bracia benedyktyni Słowacy przyjęli nas bardzo ciepło, język nie był tak bardzo niezrozumiały, Słowacy, którzy z nami medytowali bardzo szybko stali się częścią całości… I zaskoczenie … w klasztorze benedyktyńskim jest ciepło i to dosłownie wszędzie… Pobyt w Samporze był dla mnie ważny, był to czas zmagań, konfrontacji z własną słabością  oraz walką z  ciągłym skupianiem  na sobie, a raczej z wyobrażeniem o sobie, ciało nie ułatwiało sprawy metaniowe zakwasy dawały znać o sobie … ratunkiem było  ciągłe  powracanie do Słowa … Wszystko w tym  miejscu sprzyjało skupieniu i spotkaniu z ciszą … program dnia, liturgia, piękno śpiewów  i krajobrazów, praca fizyczna, posiłki, konferencje … W drugim dniu, gdy wydawało się, że nie ma  nie wyjścia z tego ciągłego męczącego skupienia na sobie i że nie jest to miejsce dla mnie… nagle jakby delikatne muśniecie, które otwiera drogę nadziei  uświadamiając, że w tym  wszystkim Obecny jest Ktoś większy niż moje biedne ja i czeka… w ciszy… cierpliwie…  moje ja wydaje się wówczas  takie małe  i nieważne…

 

Paweł Śmiłowski

Z nauczania Samporowego najbardziej kołacze mi się tekst (i obraz), o tym Jezus potrafi przemieniać. Jak z piasku czyni szkło lub diament, niby materia ta sama a jakże inna. Poza tym ważne były dla mnie słowa o jałmużnie, którą może być nie tylko ofiarowanie czegoś komuś ale równie dobrze  cierpliwe wysłuchanie i spędzenie czasu.
Poza tym sam klasztor, widoki, las, pięknie modlący się i śpiewający bracia, piękna młoda żywa wspólnota działająca tak, aby we wszystkim był Bóg uwielbiony.

 

Elżbieta Malicka

Obecność jak drobny deszcz
Nawilża ziemię
Nic się nie dzieje
Bolą plecy
To od tego siedzenia czy od pracy?
Twarda darń wokół drzewek
Okopię je motyką,

obłożę nawozem,

może przyniosą owoc…
Prosty kręgosłup, kwadranse ciszy
długi spacer w deszczu, przemoczony goretex
Niezrozumiale słowa modlitwy godzin
Nic się nie dzieje?
Obecność jak drobny deszcz nawilża ziemię
Wyjeżdżam obmyta.

 

Agnieszka Smulska – Kusto

Czas spędzony w Samporze wciąż we mnie gra. I intymnie i uniwersalnie. A to znaczy, że to był dobry czas, bo owoce wciąż się dzieją.

Było mi trudno, bo zmęczone ciało nie chciało. Więc praktyka, przynajmniej z początku, to był dla mnie trud i znój. Ale też nowe otwarcie… W uszach mam konferencję o. Maksa o Wielkim Poście ( Dziękuję :-). Wciąż trzeba to odkrywać na nowo. Teraz przeżywam te tygodnie jeszcze głębiej.

Mam nadzieję, że w każdym spotkanym trudnym przypadku zobaczę robaka z pewnej przypowieści :-)

 Towarzyszyło mi poczucie, że dzieje się coś wyjątkowego. Ten nasz wspólny przyjazd, wspólna modlitwa, w tym z braćmi Słowakami. Miałam poczucie, jakbyśmy razem sadzili ogród.

 Jestem pod głębokim wrażeniem dzieła, jakie powstaje w Samporze, wielkiego zapału Braci Benedyktynów. To miejsce rozkwita.

 

I to wszystko na tle ukochanych gór, czyż można wyobrazić sobie lepsze miejsce do kontemplacji?

Dziękuję Wam wszystkim za współobecność, a Braciom Benedyktynom za gościnę.

 

 Piotr Kusto

„Wreszcie zrozumiałam, że to nie o mnie chodzi, a o Boga” to krótkie świadectwo z ceremonii koła mnie poruszyło. Do mnie też to docierało. Dopiero na tej sesji dosłyszałem, a może Max zaczął to dodawać, albo inaczej akcentować, że w czasie medytacji chodzi o zorientowanie się ku Obecności Boga. Wcześniej słyszałem, że chodzi o obecność… Doświadczyłem na własnej … mówi się skórze, a tu raczej pasuje na … własnej … duszy, że autentyczne porzucenie własnych zmartwień, które wyłażą w czasie milczenia i przylgnięcie do Niego ponad tymi zmartwieniami zmienia coś w człowieku. Zmienia w sposób niedostrzegalny, nie wiadomo jak i kiedy, zmienia w głębi człowieka, do której zmysłami i rozumem, nie mam dostępu. A jednak się wydarza. Zupełnie jak na Camino, na którym spodziewałem się trudnych doświadczeń duchowych niczym łamanie kołem, dziurawienie i tortury umysłu. Zawiedziony byłem, że nic takiego się nie działo. A jednak po powrocie do domu ze zdumieniem odkryłem, że coś się we mnie wydarzyło, zmieniło, zupełnie nie wiem jak i kiedy. Przyszło jak złodziej w nocy. Okradło ze zmartwień, ograniczeń i pozostawiło bardziej oczyszczonego. Tak też było w Samporze. Działo się poza mną, ja jedynie orientowałem się na Jego Obecność.

„Modlitwa, post i jałmużna. To co zewnętrzne, wpływa na to co wewnętrzne, a to co wewnętrzne wspiera to co zewnętrzne. Milczenie i post sprzyja modlitwie, w której jasne okazuje się, to co wymaga postu”. Wystarczy więc zacząć i droga sama okaże kierunek… „Modlitwa i post zmienia serce człowieka, owocem stanie się miłująca życzliwość” Jak w myśli od o. Karola: „Czuwanie (to jest modlitwa) to nie jest ani robienie  ani nie jest to nierobienie. Czuwanie to gotowość na wezwanie” na to co „przychodzi o góry” i w obszarze relacji/spotkania z drugim człowiekiem. Czy taki miałby być objawiany sens życia człowieka, że objawia się on z chwili na chwilę, w każdej sytuacji życia. Wymaga gotowości, aby go dostrzec i na niego odpowiedzieć. Inaczej stracę tę szansę bezpowrotnie. Ach chciałby się poznać swój sens/ten owoc, który mam wydać, „z góry”, w dłuższej perspektywie, zaplanować, zastanowić, przetrawić. A on ma się objawiać w miłującej życzliwości, którą trzeba pielęgnować modlitwą i postem. A może to nie takie trudne, po prostu uznać, że się „zagubiłem w pogoni za świetlikami i zmienić kierunek”.

To właśnie wydaje mi się ważne i to przywiozłem, z tej podróży do miejsca za górami, za lasami, na odległej prowincji, gdzie nowoczesność towarzyszy starodawnej tradycji. Nowoczesność i starożytność w tym miejscu współsą i nawzajem uzupełniają, jak męski i żeński pierwiastek. Porusza mnie w takim miejscu spotkanie z jego mieszkańcami, formowanymi w samotności i ciszy, a płonącymi radością i życzliwością wobec przyjezdnego. Doświadczyłem już tego nie raz, a zawsze mnie zachwyca. Skąd to się u nich bierze?

 

I Bogurodzica. Wzrusza mnie ta pieśń, gdy ja słyszę. Tam łzy płynęły mi „tam w środku” wielkie jak grochy.

 

s. Rachel

za błogosławiony czas modlitwy, która ma czas,

modlitwy, która nie myśli o tym, co się przerwało w połowie,

ani o tym, co trzeba zrobić zaraz po,

dziękuję Ci, Panie

 

za błogosławiony czas budowania wspólnoty,

za ludzi, którzy potrafią wspólnie przebyć tysiąc kilometrów,

za ludzi, którzy potrafią wspólnie milczeć,

za ludzi, którzy potrafią wspólnie być,

dziękuję Ci, Panie

 

za błogosławiony czas wyrywania z przyzwyczajeń,

tych zewnętrznych i wewnętrznych,

za innych braci,

inną liturgię,

inny język,

inny krajobraz,

inną pracę,

dziękuję Ci, Panie

 

za błogosławieństwo drugiego człowieka,

za wspólną ciszę i każde słowo,

za każdy uśmiech i wspólny trud,

za każdy, choćby najmniejszy, krok

za każdy oddech

dziękuję Ci, Panie

 

Monika Figiel

https://goo.gl/photos/XQpgkGbV9cbYzbyx9

Droga na Górę Karmel

 
 
Droga na Górę Karmel (muz. i sł. Marcin Styczeń) wyk. Marcin Styczeń
 
 
„Rozpoczynam od momentu uwięzienia św. Jana w Toledo. To właśnie pod wpływem tych dramatycznych wydarzeń, gdy Jan był więziony, bity i szykanowany przez swoich współbraci, powstały nieśmiertelne dzieła mistyczne i poetyckie, m.in. „Droga na Górę Karmel” czy „Żywy płomień miłości” – mówi o swojej nowej piosence Marcin Styczeń.
 
Bardzo zatrzymały mnie słowa „Gdzie jesteś? Gdzie się skryłeś? Proszę powiedz!” Krzyk pełen rozpaczy, bezradności, moment tuż przed krokiem w przepaść, w całkowite wyrzeczenie się siebie, oddanie. Wielkopostne wołanie. „Wiara, która nie przeżywa kryzysów, aby potem na nich wzrastać, jest infantylna” mówi Papież Franciszek  i podkreśla, że  wiara jest darem, „nie można jej zdobyć”, można o nią tylko pokornie prosić Pana.
Jaka jest moja wiara? Czy jest pewnością racji, postaw, poglądów, czy ciągłą prośbą grzesznika? Czy wiem, czy proszę? Medytacją i Modlitwą Jezusową, pustynią i absolutną prostotą, Pan mnie znokautował.

„Medytacja jest drogą wyrzeczenia. To wyrzeczenie nie przejawia się w jakichś nadzwyczajnych praktykach, ale przede wszystkim w cierpliwym trwaniu. Ono zmusza do doświadczania tego, co jest tu i teraz. Otwiera nas na zwyczajność i ukazuje, że życie duchowe nie wymaga nadludzkiego wysiłku i heroicznego działania, ale przejawia się w doświadczaniu Bożej Obecności w zwykłości codziennego dnia. My jednak lubimy wznosić wysoko poprzeczki, szczególnie w takich okresach jak Wielki Post. Lubimy radykalne wyzwania. Jesteśmy zdolni do heroicznych wyrzeczeń, ale na określony i niezbyt długi czas. A jeszcze bardziej lubimy czytać, słuchać  lub oglądać ludzi, którzy żyją w dużym wyrzeczeniu. Lubimy stawiać w swoim życiu poprzeczki wysoko, bo to jest dla nas dość urocze. Jest do czego wzdychać, a i przechodzi się pod taką poprzeczką dość swobodnie, znajdując tysiące dla swojej obecnej kondycji lub działania. Kiedy mówimy o cierpliwym trwaniu na drodze medytacji, nie wydaje nam się to konkretnym wyrzeczeniem, za mało tam „heroizmu”. Za mało jest tam tego czym nasze „ego” mogłoby się pochwalić. Zawsze jest lepiej bowiem „dać świadectwo” o tym, że czterdzieści dni przeżyło się bez telewizji, mięsa, słodyczy, czy czymś podobnym., niż, że się siedziało codziennie na medytacji. Jednak nasza praktyka wprowadza nas w wyrzeczenie, pozornie nie zmieniając niczego, a zmieniając wiele. Cierpliwe trwanie pokazuje, że wiele rzeczy musimy po prostu przejść: ból fizyczny, który dokucza nam zwłaszcza na początku, rozbiegany umysł, który prowadzi nas w tysiące kierunków jednocześnie. Czasami chciałoby się wstać i dać sobie spokój. Jednak św. Grzegorz przypomina: „I nie należy powstawać zbyt szybko przez niedbałość, nawet jeśli wewnętrzne wołanie umysłu i ciągłe trwanie sprawiają uciążliwy ból”. Cierpliwa praktyka pokazuje nam także, że wiele rzeczy musimy po prostu puścić, oderwać się od nich,: projekty myślowe, które ojcowie nazywali logismoi, pragnienia, marzenia, koncepcje, sądy, opinie”.

 

Maksymilian Nawara OSB, „Oddychać Imieniem. O medytacji chrześcijańskiej”.

dźwięk spadającej aronii

prosto do

serca        

 

dzwon na wieży

zegar wybijający godziny

dwunasta

 

całe nasze niezadowolenie

zbiera w sobie

Mistrz

 

posąg ożył

ruszył z kopyta

spotkanie ze Św. Franciszkiem

 

woda

która wypełnia serce

bez oczekiwań

 

serce

ma kształt

wody

 

Rób tak,

aby usłyszeć głos Boga

w każdej chwili…

 

Trzeba się zmniejszyć

do rozmiarów Boga

aby zobaczyć …

 

Ewa Dharma Wind

…………………………………………….

 

„Bądź jak rzeka służąca każdemu,

A przyjdzie czas,

Że przemienisz się w Miłość”

                     o. Jan Bereza

 

„ Droga (…) zaczyna się tam,

gdzie stoisz.”

                     o. Jan Bereza

zatrzymanie

nieruchomo

na ziemi

poranek

południe

zmierzch

słońce jak cyrkiel

za oknem

33 metanie

czoło

maty dotyka

tym oddechem

wszystko Ci

oddaję

milczeniem

wygładzam poduszkę

wielkie zasłuchanie

 

Zasłuchania uczę się wciąż powracając do Lubinia, ale czy zasłuchanie staje się moim nawykiem, moją postawą w życiu? W codzienności z jej oszałamiającym tempem, wielką liczbą informacji, innymi ludźmi, konfliktami?

Papież Franciszek powiedział dzisiaj: „Byłoby to jednak za mało, gdybyśmy wierzyli, że Jezus jest Królem wszechświata i centrum historii, nie czyniąc Go Panem naszego życia: wszystko to jest próżne, jeśli Go nie przyjmiemy osobiście i jeśli nie przyjmiemy także Jego sposobu panowania”.

Gdzie jest w moim życiu? Czy jest w centrum? Czy potrafię w hałasie i zgiełku usłyszeć Go? Jaka jestem dla innych, czy potrafię spotkać drugiego człowieka, szczególnie takiego, który wydaje się tak inny, że aż obcy? Co robię z moim lękiem, strachem, bezradnością, smutkiem? Czy wtedy potrafię Mu oddać wszystko? Naprawdę wszystko?

„W chrześcijaństwie samo życie uprzedza wszelkie spekulacje o nim. A życie jest niebywale proste. Kochaj Boga i bliźniego; w tym wszystkim właśnie o to chodzi.
Doświadczenie pokazuje, że ten, kto żyje w taki sposób, stopniowo także otrzymuje odpowiedź na swoje pytania. Odpowiedź wyrasta z samego życia.” (W.Stinissen OCD)

 

Paulina Wawer

Sami stają się swymi

 

 

Sami – Marcin Styczeń

Nagranie z koncertu z okazji 10-lecia Warszawskiej Grupy Medytacji Chrześcijańskiej (muz. i sł. Marcin Styczeń)

1 października 2016, kolejna sesja warszawska w Lubiniu … pod koniec września okazało się, że o. Max musi w tym czasie wyjechać z klasztoru, o. Karol bardzo słaby pomiędzy szpitalnymi wizytami i że … sami mamy się poprowadzić ;)).  Cóż – życie!

 

W sobotni poranek spotykamy o. Karola i prosimy Go o słowo. Chętnie się zgadza.  Młody Mnich – opiekun burczy na nas … że przeginamy. Ojciec jest słaby i powinniśmy Go oszczędzić! Ma rację!

 

Ale po obiedzie siadamy w „niebieskiej” rozmównicy. Kruchy ciałem o. Karol za stołem, my – niewielka grupa warszawskich medytujących wokół – ściśnięci na kanapie, dostawionej ławce, na fotelach i na podłodze.

 

I przez ponad godzinę trwamy w zasłuchaniu, oniemieniu, uniesieniu … i żeby niczego nie uronić, żadnego słowa, gestu, spojrzenia. I tego najważniejszego, co staje się POMIĘDZY.

 

Ojciec Karol mówi o modlitwie.

 

Najpierw wspomina swoje młodzieńcze a potem tynieckie modlitewne początki.  I że zostały Mu w pamięci słowa o. Piotra Rostworowskiego „módl się tak jak umiesz i nie módl się tak jak nie umiesz”. I że ważne było imię Karol „odziedziczone” po opacie Karolu von Oost, który zmuszony przez władze komunistyczne, musiał z Tyńca wyjechać w 1951 roku. Właśnie minęło 65 od momentu, kiedy o. Karol wdział habit i przyjął imię po belgijskim opacie.

 

Po wspomnieniach czas na Ewangelię. Malutki, zużyty egzemplarz w szczupłych dłoniach o. Karola. Małe literki! Sprawne przewracanie kartek w poszukiwaniu właściwych fragmentów. Czytajcie! Czytamy fragmenty świętych Marka, Łukasza, Mateusza. Wszystkie o modlitwie Pana Jezusa w Ogrójcu. I komentarze do każdego fragmentu.

 

Na pierwszym planie w słowach i obrazach intymna relacja Syna i Ojca, kiedy Chrystus SAM modli się do Ojca.  I Tajemnica tej relacji niedostępna dla innych. Na drugim planie relacja Pana Jezusa i Apostołów. U Marka i Łukasza nie są zaproszeni do wspólnej z Jezusem modlitwy. U Mateusza już tak … „zostańcie tu i czuwajcie ze Mną” … bo Mateusz pisze swoją Ewangelię już z perspektywy Zmartwychwstania i Zesłania Ducha Św. A w tle tych rozważań NIEWYPOWIEDZIANE „Ojcze, jeśli chcesz, zabierz ode mnie ten kielich, lecz nie moja ale Twoja wola niech się stanie”.

 

I komentarze do poszczególnych słów. Co to znaczy czuwać na modlitwie? Co to znaczy czuwać?

 

Nie nagrywamy tego spotkania. Zapamiętujemy fragmenty tylko. Po powrocie do Warszawy piszemy do siebie maile, żeby spróbować jeszcze raz przywołać wypowiedziane słowa. Piotr napisał:  dla mnie ważne były słowa o czuwaniu… „Czuwanie (to jest modlitwa) to nie jest ani robienie i ani nie jest to nierobienie, czuwanie to gotowość do …” i tu właśnie nie potrafię przypomnieć sobie sformułowania … Będę wdzięczny za pomoc ! Zapamiętałem jedynie swoje skojarzenie. Było dwutorowe … przyjąć coś co pojawia się w obszarze duchowym, „przychodzi w góry” i przyjąć coś co pojawia się w obszarze relacji/spotkania z drugim człowiekiem i jakoś na to zareagować. Ktoś inny odpisał Piotrowi, że zapamiętał czuwanie … to gotowość na wezwanie … np. jak w sytuacji czuwania przy łóżku chorego. I jeszcze, że modlitwa potrzebuje czasu. Żeby się modlić trzeba tracić czas – to znaczy ofiarowywać go.

 

Na koniec wspólna modlitwa. O. Karol przywołuje ostatnie kazanie o. Jana Góry OP powiedziane w Lubiniu 20 grudnia 2015 roku z okazji 50-lecia święceń kapłańskich o. Karola. To jeszcze inna historia w historii ;)) http://www.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/zycie-i-wiara/art,2209,ostatnie-kazanie-ojca-jana-gory-op-wideo.html

 

 Ale podobnie jak tamtej niedzieli modlimy się wspólnie słowa Psalmu 119 (118) 94-96 Tuus sum ego, salvum me fac najpierw w ciszy a potem wypowiadając głośno po polsku Jezu jestem Twój, zbaw mnie.

 

Ania zrobiła nam wspólne zdjęcie na koniec. Ile ŚWIATŁA zostało nam w oczach po tym spotkaniu ze Świętym Mnichem!!!

 

Radość. Wdzięczność. I brak słów żeby opowiedzieć to, co się wydarzyło.

 

 

Monika Figiel


„Dialog ekumeniczny i międzyreligijny nie jest luksusem, ale czymś, czego świat zraniony konfliktami i podziałami potrzebuje coraz bardziej.”

 

Papież Franciszek na Twitterze, 05.10.2016

Refleksja z okazji X-lecia wspólnoty medytacyjnej z Warszawy

Aż trudno uwierzyć, że minęło już 10 lat. A wszystko zaczęło się tak niepozornie…

 

Z perspektywy wiary nie mam wątpliwości, że Źródłem i Sprawcą dobra, które potrafimy uczynić jest sam Bóg. I w wypadku powstania wspólnoty medytacyjnej gromadzącej się obecnie przy kościele Matki Bożej Jerozolimskiej w Warszawie również nie mam wątpliwości, że tak było. Nie mówię o tym tylko dlatego, że mam świadomość, że żadna wspólnota bez Bożej pomocy i łaski nie przetrwałaby dekady, ale też dlatego, że w ciągu dziesięciu lat widziałem konkretne znaki Bożego działania i Jego opieki, zarówno doświadczeniu pojedynczych osób tworzących tę wspólnotę jak i całej grupy..

 

A zatem X-ta rocznica, to nade wszystko okazja do tego, aby podziękować, za tę wspólnotę. Przede wszystkim Panu Bogu, bo bez Niego „nic być się nie stało, co się stało”. Później tym wszystkim, którzy byli zdeterminowani, żeby o powstanie tej grupy zabiegać, gdyż z całą pewnością jej powstanie zrodziło się z potrzeby serca kilku osób pragnących medytować razem i we wspólnej praktyce medytacji szukać umocnienia i oparcia dla swojego osobistego doświadczenia i praktyki medytacji.  W tym podziękowaniu nie mogę nie wspomnieć nieżyjącego już ojca Jana Berezy – twórcy Ośrodka Medytacji Chrześcijańskiej przy klasztorze oo. Benedyktynów w Lubiniu, bo bez Jego wsparcia, też by tej grupy zapewne nie było.

 

Pan Bóg często do realizowania swoich dzieł potrzebuje ludzi. Kiedy spoglądam wstecz na moje dwadzieścia lat kapłaństwa a także na dziesięć lat istnienia wspólnoty medytacyjnej, której towarzyszę jedyne, co mi przychodzi do głowy to słowa króla Dawida z Pierwszej Księgi Kronik: „Kimże ja jestem, o Panie, Boże (…) że doprowadziłeś mnie aż dotąd?” [1 Krn, 16] Im bardziej bowiem patrzę na moje życie tym bardziej widzę je, jako tajemnicę Bożego działania, Bożego prowadzenia, które nie zawsze rozumiem, ale za które też jestem wdzięczny. I wdzięczność to bez wątpienia pierwsze i najmocniejsze z doświadczeń, jakie rodzi we mnie ta rocznica.

 

Bo nie zawsze było łatwo, ale zawsze doświadczałem wsparcia zarówno ze strony Pana Boga jak i tworzących tę wspólnotę osób w budowaniu tego dzieła. Wszystko zaczęło się przy okazji odbywającego się w 2006 roku w Poznaniu „Meditatio”, po którym przyszło do mnie kilka osób z pytaniem czy nie współuczestniczyłbym w założeniu takiej wspólnoty? Początki były skromne, bo spotkania grupy od jesieni 2006 roku odbywały się najpierw w moim mieszkaniu na warszawskim Ursynowie przy par. św. Tomasza Apostoła. Tak było aż do chwili, kiedy nowy arcybiskup naszej diecezji, zaprosił mnie do współpracy w dziele formowania przyszłych kapłanów w stołecznym seminarium. Ale wówczas po raz pierwszy pojawiło się pytanie o miejsce, w którym moglibyśmy kontynuować wraz z grupą medytujących nasze spotkania.  W seminarium, które jest przecież z zasady objęte pewną klauzurą, ze względu na specyfikę tej szkoły wiedziałem, że nie będzie takich możliwości. Ale jak wspomniałem Pan Bóg wielokrotnie pokazywał, że troszczy się o to dzieło. W tym samym momencie wraz ze mną Pan Bóg powołał przez ręce nowego biskupa Warszawy z parafii na Ursynowie mojego kolegę, który został mianowany rektorem kościoła akademickiego św. Anny. I tak oto właśnie tam wspólnota znalazła swoją przystań na kolejne blisko trzy lata.

 

Po tych trzech latach przyszła konieczność znalezienia nowego miejsca, ze względu na dosyć ograniczoną przestrzeń, której środowisko akademickie potrzebowało przy Krakowskim Przedmieściu bardziej niż my. Nastał krótki czas tułaczki i przez kilka miesięcy szukaliśmy miejsca dla siebie, ale i wówczas Pan Bóg uprzedził nasze działania, gdyż w rok przed moją kolejną przeprowadzką tym razem z seminarium na parafię Pan Bóg wezwał do Warszawy Siostry i Braci ze Wspólnot Jerozolimskich (co dodam było spełnieniem jednego z moich najskrytszych marzeń), ale jeszcze wówczas nie przyszło mi do głowy, że uczynił to jako dar nie tylko dla tego miasta, ale i dla naszej wspólnoty (już wtedy nie tak małej).

 

I to właśnie tam, przy nowo powołanej fundacji Wspólnot Jerozolimskich znaleźliśmy swoje miejsce nie tylko w sensie fizycznym, ale nade wszystko w sensie duchowym. A zwłaszcza było to miejsce ofiarowane nam w porządku miłości, bo właśnie z taką niezwykłą miłością i otwartością zostaliśmy przez wspólnotę Braci i Sióstr przygarnięci. I myślę, że podzielę tutaj odczucia wszystkich, którzy uczestniczą w spotkaniach naszej wspólnoty medytacyjnej: Dobrze nam być w tym szczególnym miejscu!  

 

Przez te dziesięć lat wydarzyło się zapewne dużo więcej, gdyż składa się na tę dekadę nie tylko historia wspólnoty, jako całości, ale też historia poszczególnych osób, które tę wspólnotę tworzą.  Tego zaś, co dzięki godzinom spędzonym na medytacji dokonało się i dokonuje w ich sercach nie sposób zmierzyć ludzką miarą. Przez te dziesięć lat przez naszą wspólnotę przewinęło się ponad czterysta osób. Niektóre z nich są od początku, inni towarzyszyli tej wspólnocie przez jakiś czas, ale bez wątpienia każda z nich wniosła w historię tej wspólnoty nieocenione bogactwo. Są i tacy, którzy wyjechali za granicę, ale otrzymuję od nich zapewnienie o duchowej łączności, co mogą też czynić dzięki naszej stronie, z którą wiąże się odrębna historia. Początkowo bowiem blog o medytacji powstał z myślą o samej wspólnocie medytujących a dzisiaj przerósł nasze najśmielsze oczekiwania, gdyż naszą stronę odwiedza około 2500-3000 osób miesięcznie z kilkunastu krajów. Samych subskrybentów jest blisko 500 osób. Dzięki temu mamy zatem rzeszę „eksternistycznych słuchaczy” J, którzy poprzez odwiedzanie naszej strony pozostają z nami w duchowym kontakcie. To pokazuje także wciąż rosnące zainteresowanie modlitwą monologiczną, w której coraz więcej osób odkrywa swoją drogę pogłębienia wiary i relacji z Chrystusem. Zarówno ich, jak i cała wspólnotę polecam serdecznej modlitewnej pamięci.

 

Wprawdzie Pan Jezus nie pochwala oglądania się wstecz, gdy przykłada się rękę do pługa, ale dla mnie te minione dziesięć lat to okazja do nieustannego dziękczynienia najpierw Panu Bogu, bo bez Niego i Jego wezwania nie było by tego dzieła, potem Matce Bożej Jerozolimskiej, bo bez Niej i Jej opieki ta wspólna droga nie doprowadziłaby nas zapewne do tego miejsca na Łazienkowskiej, gdzie jesteśmy a kościół, w którym się spotykamy nosi właśnie Jej wezwanie. Chcę też przede wszystkim podziękować tym wszystkim, którzy wytrwale przez te lata uczestniczyli i uczestniczą w spotkaniach, gdyż sensem istnienia jakiejkolwiek wspólnoty są ludzie, którzy ją tworzą. Dziękuję szczególnie tym wszystkim, którzy robią więcej niż muszą i to bez przymusu, bo bez pomocy tych wszystkich, którzy ofiarowują swój czas, swoje siły a także nie rzadko środki finansowe ta wspólnota nie mogłaby funkcjonować w jej obecnym wymiarze. Nie sposób wymienić tych wszystkich osób, więc nich dzisiaj będzie mi wolno w sposób szczególny podziękować tym, dzięki którym może się odbyć ten mały jubileusz naszej wspólnoty. Nade wszystko pragnę podziękować Siostrom i Braciom ze Wspólnot Jerozolimskich, bo to dzięki nim i ich serdeczności możemy czuć się w kościele Matki Bożej Jerozolimskiej jak w domu.

 

Ks. Marek Danielewski, opiekun wspólnoty medytacji chrześcijańskiej przy Kościele MB Jerozolimskiej w Warszawie

Nowi ojcowie pustyni

„Czym dzisiaj jest wyjście na pustynię? To rezygnacja z bezpiecznej izolacji, aby współodczuwać z bliską osobą. Tworzenie intymnej małżeńskiej więzi to dobrowolne narażenie się na ciosy, ponieważ cierpienie kogoś najbliższego jest często znacznie bardziej dotkliwe niż własny ból. Można przed tym uciec, budując kokon wyobcowania, ale jak napisał C.S. Lewis „piekło to jedyne miejsce poza niebem, gdzie jest się całkowicie zabezpieczonym przed całym ryzykiem i wszystkimi perturbacjami miłości”.

 

Wyjść na pustynię to zgodzić się na tę kruchość i bezbronność wobec doświadczeń osoby, z którą jest się jednym ciałem. Podobnie jest z dziećmi, które przez pierwsze lata są zależne od rodziców. Czy istnieje większa udręka niż patrzenie na cierpienie własnego dziecka? W czasach Starców nie mieć rodziny i potomstwa oznaczało umrzeć dla świata. Dziś jest inaczej – rezygnacja z rodziny to po prostu jeden z modeli życiowych, ani lepszy, ani gorszy od innych. Na szczęście słabnie społeczny przymus zawierania małżeństwa.

 

W dużych miastach wspólne życie bez ślubu przestaje gorszyć. Dzięki temu decyzja o ślubie nie jest spełnieniem oczekiwań bliskich i otoczenia, a staje się świadomym wyborem życiowej drogi i wyjątkową przestrzenią poznawania samego siebie. Egipskich mnichów też nikt nie zmuszał do wyjścia na pustynię, nie robili tego ze względu na kulturowe konwenanse. Przeciwnie, poszli pod prąd masowym trendom chrześcijańskiego społeczeństwa, w którym żyli. Papież Franciszek mówił w Krakowie o odwadze wejścia na drogę małżeństwa. Droga Ojców Pustyni była podobna: „Człowiek w ciszy, skwarze i umartwieniu okrywa samego siebie w całej prawdzie, zstępuje, by tak powiedzieć, do dna samego siebie”.

 

Tu nie chodzi o samodoskonalenie i perfekcję. To jest droga walki o serce z ciała, o współodczuwanie, które jest nieznane kamiennemu sercu obojętności. Kamienne serce jest nie do ruszenia, nic go nie zrani. Jest „wypełnione dokładnie kamiennym sensem” i nie ma w nim ani trochę miejsca na miłość. Głęboko wierzę, że Ojcowie Pustyni nie byli stoikami dążącymi do doskonałości polegającej na całkowitym zdystansowaniu się. Nie byli też pustelnikami w ścisłym sensie – musieli na przykład nawiązywać kontakty handlowe, aby przeżyć, bo pustynia nie mogła ich wyżywić. Nie szukali stoickiego spokoju.

 

Chcieli uwolnić się od „namiętności”, ale myślę, że przede wszystkim pragnęli głębokiej relacji z Jezusem Chrystusem. Ich samotność nie oznaczała izolacji, ale przebywanie sam na sam z Bogiem. Relacja małżonków też jest takim spotkaniem. Martin Buber napisał, że „każde prawdziwe życie jest spotkaniem”. Pustynia małżeństwa jest przestrzenią zmagań o serce z ciała. To nie jest masochizm i cierpiętnictwo, lecz poszukiwanie szczęścia”.

 

Bartłomiej Sury

http://www.deon.pl/religia/kosciol-i-swiat/komentarze/art,2571,nowi-ojcowie-pustyni.html

Pan Herbatkowy

Spotykam go często, witamy się z uśmiechem, rozmawiamy, tak jak sąsiedzi. Mieszka na ulicy, jego wygląd pozostawia wiele do życzenia, zapach również. Czasem krzyczy, ludzie się go wtedy boją i zaczynają być wobec niego agresywni. Pan Herbatkowy żyje w swoim świecie, ale też w moim – gdy krzyczy z drugiego końca ulicy „Dawno pani nie widziałem!”, gdy rozmawiamy, żartujemy, gdy dzwoni i prosi o herbatę, coś do jedzenia, ciepłą koszulę. Dzwoni zazwyczaj wtedy kiedy mam gości, wychodzę i bardzo się śpieszę, robię coś arcypilnego i ważnego. Ostatnio ktoś się szczerze zdziwił „To ty z nim rozmawiasz?”, koleżanka, która była świadkiem naszej rozmowy, zaskoczona spytała „Nie boisz się go?”. Te pytania były dla mnie egzotyczne, nie przyszły mi wcześniej do głowy. Nie wiem, nie pamiętam, kiedy i jak zaczęły się nasze rozmowy, spotkania. Dla mnie to Pan Herbatkowy. Po prostu.

 

Chrystus przychodzi do nas w drugim człowieku. Cicho, najzwyczajniej i najprościej w naszej codzienności. Czy przychodzi do mnie w Panu Herbatkowym? Zatrzymuje w pędzie spraw bardzo ważnych, całkiem niepotrzebnych? „Głodnych nakarmić. Spragnionych napoić. Nagich przyodziać”. Przypomina z jaką łatwością potrafię się odwrócić od drugiego człowieka, który jest trochę inny ode mnie. Na ulicy, w domu, w pracy, w kościele. Sprawdza jaka jest moja modlitwa, czy wszystko co robię jest modlitwą, czy trwam, żyję w Nim, czy też znowu recydywa, mam kolejną piękną ideę, którą biorę za Niego. Czy moja duchowość to perfumy, umajenie, czy prosty gest, nieoczywisty, bo związany z przekraczaniem siebie?

 

Papież Franciszek powiedział na Jasnej Górze: „Oby dokonało się dla wszystkich i każdego z osobna przejście wewnętrzne, Pascha serca ku stylowi Bożemu ucieleśnionemu przez Maryję: działać w małości i w bliskości towarzyszyć, z prostym i otwartym sercem”.

 

Czy właśnie do Paschy serca prowadzi nasza lubińska praktyka medytacyjna – Modlitwa Serca, Modlitwa Jezusowa?

 

Panie Jezu Chryste zmiłuj się nade mną grzesznikiem – na nieskończoną ilość wariacji, czyli o rekolekcjach w Żdzarach 12-19 lipca 2016.

Ekipa: Ks. prof. Józef  Naumowicz, O. Alipij Fedun OSU, S.Stefania Janiak CSFN, Lilianna Nesterenko, Dorota Kielawa, Janusz Fidelus

 

Orygenes napisał kiedyś iż na każdym etapie dusza miłująca Boga śpiewa. I na naszych rekolekcjach  można było usłyszeć Hospody pomiłuj. Ile trzeba prób, aby zaśpiewać całym sercem, całą duszą i ze wszystkich sił i być przygotowanym do Liturgii. Okazuje się, że i śpiew odsłania obecność, jednoczy z Umiłowanym.

Z Liturgii Grekokatolickiej Jan Chryzostom przemówił do nas słowem „Uważajmy”. Uwaga od zawsze towarzyszy modlitwie Jezusowej i wyrasta właśnie z Sakramentów. Modlący skupiony jest na łasce jakiej Bóg chce udzielić. J. Meyendorff pisze „psychosomatyczna metoda nie jest celem samym sobie, lecz jedynie pożytecznym narzędziem umieszczenia człowieka- dosłownie- „w uwadze”, gotowego do przyjęcia Łaski Boga”. Ćwiczyliśmy też uważność chwili na lekcjach uważności. Okazuje się bowiem, że w grupie ćwiczy się lepiej i żeby coś zmienić potrzeba co najmniej tydzień po jednej godzinie.

 

Filokalia- umiłowanie piękna- przybyły do nas z Księdzem Józefem  i jego bogactwem wiedzy na ich temat. Zdawało mi się, że w  osobie Księdza,razem nami przebywał,a chodząca żywa historia Kościoła . Przygotowaliśmy mały sklepik z asortymentami do modlitwy. Filokalia rozeszły się do ostatniego egzemplarza.

Wszak psalm powiada, że Jezus jest” najpiękniejszym z synów ludzkich”. Greckie słowo charis, tłumaczone w Nowym Testamencie jako „łaska”, oznacza przede wszystkim pewien wdzięk (powab), jaki promieniuje z każdego piękna. Można by powiedzieć, że łaska Boża jest osobowym pięknem Boga, które nas pociąga i umożliwia zjednoczenie z Nim. Jak piękne dzieło sztuki pociąga nas i podnosi niejako ku górze, tak Bóg przez swoją łaskę wyzwala nas i otwiera na nowe obszary rzeczywistości, ku chwale niebieskiej.

 

Pokłony- metanie- prowadził nam O.Alipij. Każdy jego gest był modlitwą. Zaiste ludzie wschodu modlą się ciałem. Czyniliśmy małe pokłony (tzw. małe metanie), czyli głębokie skłony bez zginania kolan, i wielkie pokłony, tzn. pełne prostracje. Wzywając przy tym imienia Bożego. Uczyło nas to pokory wobec nas samych i czci do Majestatu Bożego. Pokory i prostoty uczyliśmy się też od Ojca Alipija. Podobnie jak słowo greckie parrhesia  oznacza śmiały przystęp do Ojca niebieskiego, tak pokora i przystępność towarzyszyły O. Alipijowi.

„Najwspanialszą nauczycielką modlitwy jest ona sama”– jak mawia ks. Józef  Naumowicz nasz kaznodzieja. Najwięcej, więc czasu poświęciliśmy na siedzenie przed Bogiem. Nasi kaznodzieje zwracali nam uwagę, że Bóg jest tym który chce się objawić i to on pierwszy przychodzi na modlitwę. Tak było u proroków i świętych. Miło było posłuchać jak obcy sobie kaznodzieje nawiązują do siebie w kazaniach i jak siebie nawzajem  słuchali.

Uczyliśmy się jak cały człowiek ma służyć Bogu, jak cały człowiek przychodzi na modlitwę. Gimnastyka prowadzona przez Janusza pomagała naszemu ciału w sposób godny modlić się, ale także rozładowywała napięcia, które mamy w ciele.

 

Na końcu rekolekcji wyrosła nam w liturgii 19 lipca Św.Makryna siostra św. Bazylego Wielkiego, Grzegorza z Nyssy i Piotra z Sebasty. Na obliczu Makryny odbijało się Światło Boga. Św. Grzegorz tak śni o siostrze: „Zdawało mi się, że niosę w swych rękach relikwie męczenników, z których bił blask jak od oświetlonego słońcem zwierciadła, tak że oślepiło mi oczy[3]”. Światło to w jej życiu oświecało innych. Myślę, że można ja też nazwać modelką życia zakonnego na wzór Modelu-Boga: „…Upodobniła się do Chrystusa przez to, że odzyskała swe własne piękno, to znaczy pierwotne szczęście naszej natury, oraz przez to, że stała się piękna na obraz i podobieństwo pierwszego i jedynego i prawdziwego piękna. Jak lustro, jeśli zostało sporządzone mądrze i prawidłowo, dokładnie ukazuje na swej czystej powierzchni kształt przeglądającej w nim osoby, tak samo dusza, jeśli przygotowała się stosownie do potrzeby i odrzuciła wszelką materialną  zmazę odwzorowuje w sobie czystą formę nieskalanego piękna.  A zatem to obdarzone wolną wolą lustro wypowiada następujące słowa: Ponieważ widzę oblicze umiłowanego na całej swej powierzchni, widać we mnie całe piękno jego formy[5]”.

 

s. Stefania Janiak CSFN

 

 

[1] . „Życie św. Makryny” s. 392.

[2]  Kania W. Wstęp, „Życie Św. Makryny”, s.383.

[3] „Życie św. Makryny”, s.393.

[4] „Życie św. Makryny”, s.401

[5] Grzegorz z Nyssy, „Homilie do Pieśni nad Pieśniami”, Wyd. WAM, Kraków 2007, s.226

„Moja cisza dla Jezusa. Starałam się o wielką ciszę dla Jezusa. Pośród największego gwaru Jezus miał zawsze ciszę w moim sercu, chociaż mnie to nieraz wiele kosztowało. Ale dla Jezusa cóż może być wielkie, dla Tego, którego kocham całą siłą mojej duszy?”

św. s. Faustyna Kowalska

 

Papież Franciszek 30 lipca odwiedzi Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach.

Dzień wcześniej będzie modlił się w ciszy w KL Auschwitz i Birkenau.

„Medytacja to jest forma modlitwy. Jest dobra wtedy, kiedy jest modlitwą. Modlitwa jest nie tylko techniką, nie jest tylko sposobem skupienia, tylko jest spotkaniem z Chrystusem. Mówię teraz po chrześcijańsku, co znaczy dla mnie medytacja. Jeśli medytacja nastawiona jest na osobę Chrystusa z którym rozmawiam, słucham go, to jest czymś najbardziej chrześcijańskim, dobrym i godnym zalecenia. Jest cały nurt medytacji chrześcijańskiej, jest wiele wspólnot w Kościele, które modlą się medytacją. Bardzo dobrze, że to robią. Medytacja może być czymś bardzo prostym (…)


Dość często jest tak, że ludzie którzy nie znajdują medytacji w Kościele, w swoim własnym nurcie wiary w którym się urodzili i wychowali, szukają gdzie indziej, gdzie wydaje się, że znajdują. Ja bym tylko tyle podkreślał, żeby nie sprowadzić medytacji do techniki i do skupienia i do tego, co powiedziałaś, że się dobrze po tym czułaś. To nie jest w modlitwie najważniejsze, czy się człowiek dobrze czuje. Najważniejsze jest to, czy się spotkał z Bogiem i czy Go usłyszał, kiedy Bóg do niego chciał mówić„.

 

Biskup Grzegorz Ryś, szef Zespołu do spraw Nowej Ewangelizacji przy Konferencji Episkopatu Polski, Przystanek Jezus 2015, spotkanie „100 pytań do…” .

 

ogród

 

ogród pełen rosy
gdzie było serce
gdy szłam pustynią
jechałam metrem
windą na dach
świata zdobywając
wyznaczając granice
ludzi kontynentów
szukałam korony
złotego graala
gdy tymczasem
modlitwa czarnej porzeczki
litania motyla
psalm gruszy
medytacja biedronki

 

Wiersz powstał po jednym z moich pobytów w Lubiniu.  Wilfrid Stinissen OCD napisał: ” Dla tych, którzy zawierzyli Bogu, pośród lęku świata istnieje droga wiodąca do pokoju. Zewnętrzny, grzeszny świat stanie się światem pokoju dopiero wówczas, kiedy Bóg stworzy nowe niebo i nowa ziemię (Ap 21,1). Jednak twój wewnętrzny świat już teraz, dzień po dniu, coraz bardziej może zostać przeniknięty Bożym pokojem. Trudno zrozumieć, w jaki sposób może się to dokonać. Jednakże im bardziej będziesz wzrastać w ufności i zdasz się na Boga, tym bardziej doświadczysz tego tajemniczego i Boskiego pokoju”.

 

Lubiń jest takim zaskakującym miejscem, gdzie to się dzieje. Na wielkopolskiej wsi, w ciszy, w zwyczajności i codzienności, uczymy się wzrastać.

 

Paulina Wawer

Lubiń w Katowicach

„Jestem przekonany, że moja działalność i osobista praktyka wiele zawdzięcza tym spotkaniom na Piastowskiej sprzed 30 lat”

 

Katowice, lata 70-te,  ulica Piastowska – tutaj, w pracowni Andrzeja Urbanowicza, powstaje pierwsza w Polsce wspólnota buddyjska Związek Buddystów Zen Sangha. Tutaj, w roku 1975 Jan Bereza, stawia pierwsze kroki w medytacji. Kontakt  z Zenem otwiera na pytania i poszukiwania. Czy można w Kościele Katolickim odnaleźć praktykę medytacji? Czy jest szansa na między religijny dialog?  Odpowiedź na te pytania, pojawi się później, już w Klasztorze Benedyktynów i jest odkrywana stale i od nowa w Ośrodku Medytacji Chrześcijańskiej w Lubiniu.

 

I znowu, po wielu latach Jan Bereza wraca do Katowic. Powraca, choć nie ma go już między nami. Może jednak wraca jakoś „mocniej” i „bardziej”. Wraca poprzez książkę Ojca Maksymiliana Nawary i Dariusza Hybla „Słuchaj, medytacja jest” . Książce – rozmowie,  która wykraczając poza fascynującą historię niezwykłego życia i dojrzewania wiary i ducha Ojca Jana i sięga w głąb, poruszając najbardziej żywe aspekty życia człowieka.

 

17 marca w Katowicach, w duszpasterstwie Akademickim odbyło się spotkanie poświęcone Medytacji Chrześcijańskiej, naszemu ośrodkowi w Lubiniu oraz promujące książkę „Słuchaj, medytacja jest..” .

 

Lubiń zawitał do Katowic i przywitała go pełna sala słuchaczy, ciekawych opowieści o Ośrodku, o Ojcu Janie i wreszcie o istocie medytacji chrześcijańskiej. Dla mnie, a czuję się członkiem tej  wspólnoty – rodziny. To było święto. I taka jasna chwila, w której poczuć można było ducha Lubińskich spotkań medytacyjnych. Tak, to było święto i radość z tego, że ten duch, może trafić do osób, które dotąd o Ośrodku nie słyszały. Więc radość dzielenia się. Laurence Freeman, mowił: „Medytacja jest darem duchowym i jak wszystkie dary potrzebuje tego, żeby się nią dzielić”. Spotkanie w Katowicach było takim właśnie – dzieleniem się, wspólnym odkrywaniem. Po spotkaniu, wieczorem, szłam ulicami Katowic z książką o Ojcu Janie. Była noc. Ale taka z nadzieją, ze światłem – takim najjaśniejszym – jakie daje miłość i wspólnota ducha. Medytacja jest….

 

Ewa Kutylak

Owoce medytacji

Jeśli chcesz poznać
owoce medytacji,
nie patrz
na medytację,
jeśli chcesz poznać
owoce medytacji
patrz
na jakość
swej miłości.

 

Owocem medytacji
nie jest koncentracja,
owocem medytacji
jest zmiana kierunku koncentracji
owocem medytacji
jest stopniowe
odwracanie uwagi
od nas samych,
owocem medytacji
jest stopniowe,
otwarcie się ku drugiemu

 

Medytacja jest dyscypliną,
dyscyplina
jest uczeniem się,
uczenie się
jest naśladowaniem
swego nauczyciela.
Chrześcijańska medytacja
to naśladowanie swego Nauczyciela

 

W miłości.

 

o. Jan Bereza OSB

 

 

Słowa Poznania – otwieramy Pismo Święte

W trzecią niedzielę Wielkiego Postu Pismo Święte zachęca nas do spojrzenia na siebie, do autorefleksji, a o. Maksymilian Nawara, w swoim komentarzu, stawia pytania o to co sprawia, że tracimy nadzieję, co wzbudza w nas niepokój, co przeszkadza nam doświadczać tego, jak miłosierny jest Ojciec, i zachęca:

 

„Jeśli ja się nawrócę, jeśli ty się nawrócisz, to świat będzie trochę lepszy.”

 

Zapraszamy do oglądania : „Słowa Poznania – otwieramy Pismo Święte” TVP3 Poznań

 

MILOWE KROKI

(…) książka jest całościowym zbiorem zawierającym nauczanie o. Jan Berezy o medytacji, którą sam praktykował i której nauczał przez lata w rzeczonym Ośrodku Medytacji Chrześcijańskiej w klasztorze benedyktynów w Lubiniu. Jest ona także pewnego rodzaju świadectwem dwóch najbliższych współpracowników i uczniów ojca Jana. Ojciec Maksymilian bowiem wzrastając w praktyce medytacji pod skrzydłami ojca Jana stał się jego godnym następcą w prowadzeniu tegoż Ośrodka, która stanowi dzisiaj duchową bazę dla kilkudziesięciu już grup i setek medytujących w nich chrześcijan na terenie całej Polski. Drugi z autorów lub jak kto woli rozmówców – Darek Hybel, był przez lata jednym z najbliższych asystentów ojca Jana podczas prowadzonych w Lubiniu sesji medytacyjnych.

 

Wymiarem świadectwa było także to, co usłyszeliśmy od Autorów podczas prezentacji. Było to swoiste epitafium nakreślone słowem, obrazem, wspomnieniami, zza których wyłania się nietuzinkowa ale i wielowymiarowa postać człowieka, który w jednej osobie potrafił pomieścić mnicha, kapłana, nauczyciela medytacji, pioniera dialogu międzyreligijnego w Polsce, nie wspominając już o jego pasjach muzycznych, fotograficznych czy filozoficznych. Z pewnością dla każdego, kto znał ojca Jana a mogę zapewnić, że dla mnie osobiście było to spotkanie, które głęboko mnie poruszyło. Na nowo bowiem przywołało wiele bezcennych wspomnień ukrytych w zakamarkach pamięci. A nade wszystko pozwoliło mi na nowo uświadomić sobie i podziękować Bogu, że postawił na mojej drodze tak niezwykłego człowieka, jakim był ojciec Jan, z którym dane mi było współpracować, spotykać się, medytować i przyjaźnić przez długie lata począwszy od pierwszego spotkania, gdy zawitałem do Lubinia w 1992 roku, przez kilka lat wspólnej pracy w Komisji Dialogu Międzyreligijnego Konferencji Episkopatu Polski aż po ostatnie pamiętne spotkanie w Warszawie na kilka miesięcy przed jego śmiercią. Mogę też śmiało wyznać, że moje doświadczenie medytacji nie ewoluowało by w tak niezwykły sposób, jaki stał się moim udziałem, gdyby nie spotkanie Ojca Jana, długie z nim rozmowy i wiele kwestii, na które rzucał mi nowe światło.

 


Dzisiaj odnajduję go nadal obecnego w jego uczniach, przyjaciołach, którzy sami zostali obdarowani przez ojca Jana tym, co sam otrzymał od Boga i czym się z takim entuzjazmem dzielił. Jest w tym doświadczeniu coś z tego, o czym dzisiaj mówił ojciec Maksymilian – w drugim dniu spotkania poświęconym praktyce medytacji, że człowiek obdarowany przez Ducha Świętego obdarowuje tym darem innych w takim samym stopniu, w jakim się na Niego otworzył. (Niech ojciec Maksymilian wybaczy mi niedokładność cytatu i brak źródła, którego nie pamiętam z powodu mojej dziurawej pamięci).

 

Ks Marek Danielewski

 

wpis na blogu http://medytacja.waw.pl/milowe-kroki/ po lutowym wykładzie, który odbył się w Klasztorze Dominikanów w Warszawie.

Ks Marek Danielewski od lat towarzyszy grupie medytującej w kościele Wspólnot Jerozolimskich w Warszawie.

To pierwsze „Słuuuchaj”
(na 5 rocznicę śmierci o. Jana Berezy)

 

Jest luty 1991 r. Drugi semestr zajęć w Instytutu Duchowości Carmelitanum w Poznaniu. Za parę minut wykład z duchowości religii niechrześcijańskich poprowadzi o. Jan Bereza. Usiadłem w ławce obok koleżanki z roku, z którą do tej pory jakoś specjalnie nie rozmawiałem. Podzieliłem się w pewnym momencie, że praktykuję samodzielnie medytację. Ona na to, że o. Bereza prowadzi w klasztorze benedyktynów sesje medytacyjne, a najbliższa ma się odbyć jeszcze w tym miesiącu. Wydało mi się to nieprawdopodobne. Przedziwne zrządzenie Opatrzności.

 

Gdy o. Jan skończył pierwszą część wykładu, natychmiast do niego podszedłem, pytając: czy mogę przyjechać? Jakie było pierwsze słowo, które wypowiedział? „Słuuuchaj,.. wiesz, no przyjeżdżaj”.

 

No więc… przyjeżdżam.

 

Słuuuchaj, Jasiu. Luty 2016 r. jest dla mnie wyjątkowy. Mija 5 lat od Twojej śmierci. Lutowa sesja medytacyjna jest w Twojej intencji. I mija 25 lat tego przyjeżdżania, do którego mnie wtedy zachęciłeś. Dziękuję ci za to pierwsze „Słuuuchaj” i setki następnych, gdy przez lata mogłem Ci pomagać w prowadzeniu sesji medytacyjnych.

 

Dariusz Hybel

CISZA W LUBINIU

„Jeszcze cisza. Ona może po prostu aż zaboleć. Cisza, która pozwala ci siedzieć wewnątrz. Siebie. Cisza, która staje się murem, a ten chroni cię przed rozbieganiem, ale też ucieczką. Cisza, która gwarantuje spokój, a ten jest wstępem do pokoju. Ducha. Cisza wreszcie, która pozwala usłyszeć serce. To fizyczne, gdy bije, i to duchowe, w którym mieszka Bóg. Objawienie – idzie coraz głębiej” – swoje pierwsze wrażenia z Lubinia wspomina brat Daniel, mnich lubiński.

 

Czytaj więcej na www.wiara.pl

„Nie ma żadnej przesady w stwierdzeniu, że książka Maxa i Darka to lubińskie Filokalia. Im dalej czytam to jestem pod coraz większym wrażeniem jej treści i ogromnej pracy jaka została w nią włożona. Do tej pory przeczytałem wiele książek na temat medytacji, ale ta jest mi najbliższa. Głównie za sprawą jej autorów, moich nauczycieli, których znam, z którymi rozmawiam i razem medytuję. Choć z o.Janem spotkałem się tylko raz, w Lubiniu na wspólnych modlitwach w czasie sesji noworocznej w 2010r. ogromnie się cieszę, że jego nauka może do mnie przemówić na kartach tej książki. Czytając książkę często czuję, że to są moje pytania i od razu dostaję odpowiedź od niego. Przepełnia mnie ogromna wdzięczność i radość płynąca z tego, że jestem malutką częścią tej lubińskiej Wspólnoty.”

 

Witold Ozimski

trzepanie poduszek medytacyjnych

 

piramida poduszek

jak dary na rękach

zasłaniają świat

stopa niepewnie

szuka stromego schodka

kilkadziesiąt w dół

drzwi dziedziniec

uff ławka

prosty ruch trzepaczki

wdech wydech

zielona trawa

w ostatnim dniu roku

droga powrotna

mozolna wspinaczka

znienacka

pełne światła powietrze

w sali medytacyjnej

 

 

Uwaga na poduszce w sali medytacyjnej, uwaga przy odmawianiu psalmów z mnichami, uwaga w czasie pracy, tych prostych czynności, jak sprzątanie korytarza, mycie okien, łuskanie orzechów, rozładowywanie drewna, trzepanie poduszek medytacyjnych.

 

Simone Weil pisała „Uwaga absolutnie bez domieszki jest modlitwą”. W czasie sesji w Lubiniu cały czas uczymy się modlić, zanika dualizm modlitwy i pracy. Uczymy się, że wszystko co robimy jest modlitwą, że modlitwa to nie tylko kilka chwil w ciągu dnia, margines życia, ale nieustanna obecność Boga w naszej codzienności, w konkretnym działaniu. Mata i poduszka nie mają nam zasłaniać świata, stawać się naszą piękną, oderwaną od życia, praktyką modlitewną, Zacheuszową sykomorą. Jezus mówi do nas, jak do Zacheusza,  „zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu” (Łk 19,1-10).

 

Paulina Wawer

 

Trzepanie poduszek medytacyjnych odbyło się w trakcie sesji noworocznej, zdjęcie na sesji styczniowej zrobiła Ewa Kutylak .

Papieska intencja na styczeń 2016

W RYTM IMIENIA JEZUS

Fenomen Modlitwy Jezusowej polega na tym, że można się nią modlić w każdym czasie i w każdym miejscu. W jaki sposób modlitewne wezwanie przemienia codzienność? Jak ciało może wesprzeć ducha, by ten nie ustawał w modlitwie?(…)


Na Zachodzie pokutuje myślenie, że modlitwa to raczej domena ducha niż ciała. Powszechne w naszej kulturze „odcieleśnienie” modlitwy wcale jednak jej nie służy. Zapominamy, że ciało to także dar od Boga i to istotny – wszak w każdym wyznaniu wiary powtarzamy: „wierzę w ciała zmartwychwstanie”. Odwołanie się do ciała w Credo powinno być dla nas wskazówką w docenieniu jego roli w modlitwie.

 

Każdy, kto ma za sobą doświadczenie modlitwy wie, że nie można w człowieku „wydzielić” dwie niezależne sfery: cielesną i duchową. Duchowe przeplata się ze zmysłowym, zatem warto wykorzystać tę wzajemną relację w doświadczeniu modlitwy. Dobrze byłoby, gdybyśmy umieli uczynić z naszego ciała narzędzie, które pociąga za sobą ducha. Weźmy na przykład postawę naszego ciała. Gdy klęczymy lub robimy metanie (tradycyjne pokłony pokutne towarzyszące Modlitwie Jezusowej w Kościele Wschodnim) postawa naszego ciała staje się znakiem dla ducha. Może ona ułatwiać lub utrudniać naszą modlitwę. Ciało jest – w pewnym sensie – lustrem wydarzeń dziejących się we wnętrzu człowieka. Zatem dobrze byłoby, aby na modlitwie dusza pobudzała ciało, a ciało duszę.

 

Ciało to nie tylko środek wyrazu duszy. Ma ono rzeczywisty wpływ na duchowość człowieka. Czasem ktoś pyta, czy można modlić się na leżąco. Odpowiedź kryje się już w samym pytaniu. Czego znakiem jest postawa leżąca? Pcha ona raczej naszego ducha do odpoczynku niż do wysiłku duchowego.

 

ks Marek Danielewski, fragment tekstu, który ukazał się w  ostatnim numerze „Medytacji”

ks Marek Danielewski od lat towarzyszy grupie medytacyjnej przy kościele Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich Matki Bożej Jerozolimskiej w Warszawie

HALO ZIEMIA. ADWENT

bóg się rodzi w pośpiechu
maria stoi w korku
józef jeszcze w pracy
ciszy na lekarstwo
zgubiłam ten przepis

 

Adwent, moje przygotowanie do Świąt, moje oczekiwanie na Jego narodzenie.

 

Czy czekam, czy słucham?

Odnalazłam przepis. Stop, cisza, medytacja, słuchanie.

 

Błogosławiona Elżbieta od Trójcy Świętej modliła się „O Słowo Przedwieczne, Słowo Boga mojego, słuchaniu Ciebie chcę poświęcić moje życie. Dla Ciebie chcę cała zamienić się w słuch, aby wszystkiego uczyć się od Ciebie”.

Mata i poduszka naszej praktyki to proces uczenia się, uczenia się słuchania Nauczyciela, Mistrza.

 

Paulina Wawer

 

Zapraszamy na adwentowe słuchanie, medytacyjne skupienia:
sobotę medytacyjną we Wspólnotach Jerozolimskich w Warszawie
sesję medytacyjną w Krzeszowicach pod Krakowem

Technika, ucieczka, recepta?

Prowadzenie sesji medytacyjnych i rozmowy z ludźmi zainteresowanymi medytacją ukazują, jak wiele mitów funkcjonuje na jej temat. Niektóre są wprost wyrażane, inne ukryte są pod subtelną warstwą oczekiwań, jeszcze inne ujawniają błędne rozumienie praktyki.

Przyjrzymy się niektórym, często występującym, medytacyjnym mitom. Odniesiemy się do nich od strony negatywnej, odpowiadając na pytanie: czym chrześcijańska medytacja nie jest? Mamy tu na myśli nurt medytacji niedyskursywnej.

 

Nie jest ucieczką od rzeczywistości

Wręcz przeciwnie. Medytacja prowadzi do rzeczywistości i osadza w teraźniejszości. Ułatwia samopoznanie – tego co „nosimy” w sobie (myśli, emocje, pragnienia). Odziera ze złudzeń i fantazmatów. Pogłębia kontakt z samym sobą.

Ułatwia również stanięcie twarzą w twarz z codziennością i jej wymaganiami. Nie oddziela od kłopotów, wytwarzając np. jakieś sztuczne euforyczne stany. Nie jest jeszcze jednym odkurzaczem – tyle że znacznie mniej destrukcyjnym niż np. używki – po który można sięgnąć, by „odlecieć”.

Jeśli medytujący odczuwa radość, medytuje jako radosny człowiek. Jeśli odczuwa ból, medytuje jako obolały człowiek. W każdej sytuacji buduje swój wewnętrzny silny ośrodek, nieutracalny dom: serce-umysł, które trwa w miłującej obecności przed Bogiem, niezależnie od okoliczności; pomaga akceptować wyzwania i z nimi się zmagać.

Jako praktyka duchowa, która jest przenoszona w życie, medytacja wskazuje na potrzebę właściwego działania w określonych sytuacjach. Podział w rodzaju „tu jest moja medytacja” a „tam rzeczywistość mojego życie” jest istotnym błędem osób podążających ścieżką medytacji.

 

Nie jest receptą na rozwiązanie problemów

Trudności życiowe potrafią być katalizatorem i wywołać zainteresowanie medytacją. Nie ma w tym nic złego. Któż ostatecznie nie doświadcza bólu istnienia, szukając natchnienia czy siły do jego przezwyciężenia w praktyce duchowej. Każdy moment jest dobry, by zacząć medytację – zwłaszcza, gdy odsłania się w sercu-umyśle tęsknota za Niestworzonym.

Niebezpieczeństwo pojawia się wtedy, gdy ktoś traktuje medytację użytecznościowo – jako receptę na rozwiązanie problemów: „Wszystkiego już próbowałem…. Idę do medytacji, bo mi się w życiu nie układa”. Motyw jako motyw. Jeśli nie zostanie przemieniony, wyrastając z istoty medytacji, trudno o wytrwałość w praktyce. Pojawi się rozczarowanie.

Medytacja to nie magiczna recepta na uzdrowienie życia w jego różnych dysfunkcjach. Problemy życiowe należy rozwiązywać tam, gdzie się pojawiają i adekwatnie do wymaganych środków. Jeśli np. ktoś zmaga się z problemami finansowymi czy toksycznymi relacjami w pracy, to dzięki samej medytacji ich nie rozwiąże.

Niemniej wspiera ona tego rodzaju procesy przemian i może dodać siły do ich urzeczywistnienia. Medytacja buduje np. cierpliwość, dyscyplinę, koncentrację, uczy dystansu – a to są pomocne życiowo cnoty i postawy.

 

Nie czyni nikogo świętym

Istnieje tendencja do idealizowania tego, kto medytuje, że będzie osobą bezbłędną, bezgrzeszną, świątobliwą. Dotyczy to zwłaszcza liderów i nauczycieli jakiejkolwiek zresztą praktyki duchowej. Projektuje się na nich własne odrealnione wyobrażenia i oczekiwania.

Nie istnieje żaden automatyzm w stylu: medytuję – staję się świętym. Niewątpliwie jednak świadectwo wielu świątobliwych osób – niezależnie w jakim okresie historycznym żyli – ukazuje, że każda szczera praktyka duchowa wspiera w dążeniu do świętości. Podobnie jest z medytacją.

Znamy przecież świętych, którzy praktykowali medytację niedyskursywną (np. św. Jan Kasjan, św. Grzegorz Palamas). Powtarzanie krótkiej formuły modlitewnej było np. receptą na pokonanie logismoi – myśli namiętnych, które są źródłem grzechów głównych.

Dzięki praktyce łatwiej nieść rozmodlone serce-umysł w relacje międzyludzkie, co stanowi dobry punkt wyjścia do pielęgnowania chrześcijańskich cnót: miłości, przebaczenia, opanowania czy bezinteresowności. Poznając i akceptując podczas medytacji siebie, własne słabości, ukryte egoistyczne motywy a następnie przepracowując je, mamy większą zdolność, by w codzienności właściwie myśleć, mówić i działać.

Poza tym medytacja uczy porzucania tego, co stworzone, uwalniania od samego siebie i kierowania całego serca-umysłu ku Niestworzonemu. A to oznacza praktyczne urzeczywistnianie pierwszego przykazania miłości Boga.

 

Darek Hybel

fragment tekstu, który ukazał się w najnowszym numerze „Medytacji”

ZBIERANIE ARONII

Zbieranie aronii, czyli kilka słów o pracy zewnętrzno/wewnętrznej na lubińskich sesjach.

 

zbieranie aronii

 

ja zrywam
ty zbierasz
moja ręka
jej kosz
mój krzak
jego gałązka
rytm kropli aronii
w srebrnej misce
narasta deszcz
klucz prawie klucz
żurawi nad nami
cisza jak mgła opada
mgła jak cisza dzwoni
ciszomgłamgłocisza
twarze zniknęły w kapturach
ręce aronie miski
równanie się rozwiązuje
aroniobranie
aroniozbieranie
aronioznikanie
praca zewnętrzno/
wewnętrzna

 


Św. Paweł napisał „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus” (Ga 2,20). Tego oddawania, „zostawiania wszystkiego”, odchodzenia od naszego fałszywego „ja” uczymy się w każdej minucie sesji lubińskiej – na sali medytacyjnej, odmawiając psalmy z mnichami w kościele, w trakcie pracy, nawet tej najprostszej, jak zbieranie aronii w klasztornym ogrodzie.

 

Paulina Wawer

OBŁOK NIEWIEDZY

 

Piosenka „Obłok niewiedzy” to owoc medytacji. Bardzo konkretny i namacalny.

 

W czasie praktyki medytacyjnej często przychodzą do mnie konkretne słowa, czasem słowa z melodią.  I chociaż wiem, że nie powinienem się do nich przywiązywać, na tym etapie praktyki nie potrafię. O. Laurence Freeman podczas jednej z wizyt w Polsce tłumaczył, że istotą medytacji, jest nieprzywiązywanie się do tego, co przychodzi. Zadał pytanie: „A co jeśli, jesteś poetą i w czasie medytacji wpada ci do głowy nowy wiersz?” Odpowiedział: „Let it go! Pozwól temu odejść. Jeśli będzie naprawdę ważne, to wróci„.

Na dzisiaj tak nie potrafię, a może „Obłok niewiedzy” był na tyle ważny, że musiał zostać utrwalony. Taką mam nadzieję. Oceńcie sami.

 

Pozdrawiam serdecznie całą Lubińską Wspólnotę Grup Medytacji Chrześcijańskiej.

Marcin Styczeń

MEDYTACJA W ŻDŻARACH

Dużą pomocą w medytacji była… żdżarska stodoła.
Położona prawie w szczerym polu, pozwalała nam usłyszeć wiatr i ciszę. Mogliśmy usłyszeć Pana przechadzającego się w lekkim powiewie modlitwy.

 

Na medytacji towarzyszyła nam postawa prostego kręgosłupa, bo bycie przed Bogiem jest proste. Modlitwie towarzyszył bezruch rąk, bo Poruszyciel jest nieporuszony (por. Św. Tomasz z Akwinu). Szukaliśmy w cielesnym mieszkaniu naszych ciał bezcielesnego Boga (por. św. Jan Klimak) powtarzając imię „Jezus” lub werset „Panie Jezu Chryste zmiłuj się nade mną grzesznikiem”. Imię Jezus jest streszczeniem całego Pisma Świętego. Dlatego Bóg udziela człowiekowi modlącemu się zgodnie z Jego wolą tego, czego właśnie potrzebuje. Łączyliśmy nasz werset z oddechem. Sam oddech towarzyszy każdej chwili naszego życia. Jezus mówi: nieustannie się módlcie. Połączenie tych dwu, tworzy kompozycję nieustannej modlitwy. A niepoznawalny Bóg dawał się nam poznawać i nadal pozostawał Niepoznawalnym (por. św. Grzegorz z Nyssy).

 

Lekcje uważności, prowadzone przez członków naszej ekipy dotyczyły wszystkich sfer znajdujących się w człowieku; ducha, duszy i ciała. Nauczyciele duchowości podkreślają rolę świadomości na drodze do Boga. Nauczyciele zaś Modlitwy Jezusowej kierują ucznia na drogę: „tu i teraz” – jako pełne uczestnictwo w teraźniejszości. Skupienie uwagi można porównać do wiązki lasera oświetlającej każdy obiekt na który jest skierowana. Świadoma uwaga pomaga osadzić siebie w bieżącym doświadczeniu ze swobodą, ożywieniem i otwartym sercem. Na lekcjach przyglądaliśmy się własnym uczuciom, ciału, ruchowi, oddechowi, a także naszej relacji z Bogiem. Z zaangażowaniem i niewartościującą świadomością następujących po sobie chwil. „W zasadzie istoty uważności nie da się w pełni ująć słowami, ponieważ jest trudnym doświadczeniem niewerbalnym”.

 

Każdego dnia uczestnicy mieli rozmowę z osobą towarzyszącą. Poprzez opowiadanie o swoich doznaniach, utrwalali w sobie przeżycia spotkania z Bogiem i samym sobą oraz uwalniali napięcia związane z dniem bieżącym. To, co niezintegrowane z Bogiem, próbowali na nowo zjednoczyć z Nim samym. Ponadto w rozmowie doświadczali wspólnoty podobnych przeżyć, na drodze do Boga.

 

Cenne było doświadczenie jedności wspólnoty, zarówno uczestników rekolekcji, jak i ich organizatorów z warszawskich grup medytacyjnych Lubińskiej Wspólnoty Grup.

 

s. Stefania Janiak CFSN

Dobre dni

szybko mijają Dobre dni….
takie w ogrodach Benedyktyńskich.
Kiedy się grabi liście…
Kiedy się obiera aronię z szypułek
kiedy się robi śniadania
kiedy nauczyciel buddyjski, skromny i jasny człowiek
mówi parę słów. Które są ważne..
Kiedy ktoś Ci podaje masło
Kiedy cień Sergiusza maluje się na ścianie
kiedy jest tylko ściana
kiedy nie ma Anioła ani złotych skrzydeł
Bo tak naprawdę co jest…
I pozostaje być i czekać…
Kiedy śpiewają mnisi…
To nie zawsze są łatwe chwile,
Ale są piękne i ważne…
pojechałam tam z krótkim,
przypadkowo znalezionym wierszykiem:

Idź nie wiedząc dokąd
Przynieś – nie wiedząc co.
Ścieżka jest długa,
droga nie znana

i tak to było

 

Ewa Kutylak

Modlitwa Jezusowa

Ojcowie pustyni w poszukiwaniu znaczenia słów: „Zawsze winni się modlić i nie ustawać” (Łk 18, 1) oraz „Nieustannie się módlcie” (1 Tes 5, 17) wymyślili powtarzanie na modlitwie jednego wersetu z Pisma Świętego. Ów werset wybrzmiał ostatecznie słowami Bartymeusza: „Panie Jezu Chryste, Synu Boży, zmiłuj się nade mną, grzesznikiem” (por. Mk 10, 46-52; Mt 9, 27-31; 20, 29-34; Łk 18, 35-43).

S. Stefania Janiak CSFN
 

Trzeba pamiętać, jak pisze mnich Kościoła wschodniego, że „nie wybieramy modlitwy Jezusowej. Zostajemy do niej wezwani i doprowadzeni przez Boga, gdy On uznaje za słuszne”. Modlitwa Jezusowa w praktyce bowiem przypomina wicher pustyni, gdyż modlący się zostaje porwany i wciągnięty w płomienne tchnienie. Modlitwa ta pozostawała „sercem” prawosławia przez około tysiąc lat!

 

W Polsce istnieją dwa ośrodki zrzeszające wspólnoty Modlitwy Jezusowej: w Lubiniu u ojców benedyktynów (22 grupy) i w Kielcach – Światowa Wspólnota Medytacji Chrześcijańskiej (20 grup). Ponadto ojcowie jezuici w Warszawie-Falenicy i Gdyni prowadzą sesje poświęcone tej modlitwie. Ich fenomenem jest fakt medytowania razem we wspólnocie, co daje modlącym się siłę trwania w Chrystusie. Niby forma znana od wieków, bowiem przez setki lat zakonnice i zakonnicy medytowali razem w kaplicach i oratoriach, a jednak niezwykła przez wzgląd na dostęp do medytacji również laikatu!

     

Pomiędzy tradycją, teologią a zjednoczeniem

   

Nauczyciele tradycji Modlitwy Jezusowej przez wieki podawali różne wskazówki, jak praktykować tę modlitwę. Już św. Jan Klimak (VI w.), nazywany ojcem hezychazmu, zalecał powtarzanie jednego słowa na modlitwie. Uważał on, że modlitwa winna być „jednosłowna”. Kolejni nauczyciele, żyjący w późniejszych latach, również proponowali powtarzanie jednego słowa. Anonimowy autor Obłoku niewiedzy napisał: „Wybierz do tego celu słowo krótkie, najlepiej jedną sylabę. Im krótsze słowo, tym lepsze, bardziej bowiem przypomina działanie Ducha: na przykład «Bóg» albo «Miłość». Wybierz sobie któreś z nich albo jeszcze inne, byle tylko było jak najkrótsze. I przytwierdź je mocno do serca, by zawsze w nim było, cokolwiek się stanie. Będzie ci tarczą i włócznią, tak w walce, jak i w pokoju. Tym słowem przebijać będziesz obłok i ciemność ponad sobą”.

 

Nauczyciele i praktycy, szukając formy najściślejszego zjednoczenia z Bogiem i miejsca napełnienia się człowieka życiem Bożym, podają różne propozycje. Św. Jan od Krzyża powiedział: „Jedno Słowo wypowiedział Ojciec, którym jest Jego Syn, i to Słowo wypowiada nieustannie w wieczystym milczeniu; w milczeniu też powinna słuchać go dusza”. Tak naprawdę nie istnieje rozdźwięk pomiędzy powtarzaniem krótkiego wersetu lub dłuższego, w swej zawartości oznacza bowiem to samo. Papież Benedykt XVI w adhortacji o Słowie Bożym napisał: „«On, który objawił nam Boga (por. J 1, 18), jest jedynym i ostatecznym Słowem przekazanym ludzkości» [Propositio 4]. Św. Jan od Krzyża wyraził wspaniale tę prawdę: od kiedy Bóg dał nam «swego Syna, który jest Jego jedynym Słowem (…), przez to jedno Słowo powiedział nam wszystko naraz. I nie ma już nic więcej do powiedzenia (…). To bowiem, o czym częściowo mówił dawniej przez proroków, wypowiedział już całkowicie, dając nam Wszystko, to jest swego Syna. (…) Zatem jeśliby ktoś jeszcze pytał Boga albo pragnął od Niego jakichś widzeń czy objawień, postąpiłby nie tylko błędnie, lecz również obraziłby Boga, nie mając oczu utkwionych w Chrystusa, całkowicie, bez pragnienia jakichś innych nowości» [Droga na górę Karmel, II, 22]” (Verbum Domini, 14). Paul Evdokimov, rosyjski teolog prawosławny, napisał: „Według Biblii imię Boga jest jednym z Jego atrybutów, miejscem teofanicznym, miejscem Jego obecności. (…) W szczególności wezwanie imienia Jezus uniwersalizuje łaskę Jego wcielenia, pozwala każdemu człowiekowi na osobiste jej przyswojenie sobie, serce człowieka przyjmuje Pana. Wezwaniu imienia Boga towarzyszy Jego bezpośrednie objawienie, gdyż imię jest formą Jego obecności”.

 

Praktyka Modlitwy Jezusowej jest szczególnym miejscem rozeznawania duchowego, skierowania uwagi Boga na konkretnego człowieka i skierowania uwagi modlącego się człowieka na przychodzącego Boga. Innymi słowy, praktykując Modlitwę Jezusową, tzw. hezychię, czyli wyciszenie, człowiek modlący się doświadcza wyciszenia ze wszystkiego, co nie jest Bogiem. A może i sam Bóg zatopionego w modlitwie człowieka ogołaca z tego, co nie jest potrzebne na drodze zjednoczenia z Nim samym.

     

Od starego do nowego człowieka

   

Jedną z inspirujących spraw na Modlitwie Jezusowej jest zaangażowanie całego człowieka. Bóg mówi: „Będziesz miłował swego Boga: ze wszystkich sił, całym umysłem, całym sercem”, po prostu cały! Modlitwa bowiem najpierw dokonuje się w sercu. To tu, w sanktuarium człowieka, dochodzi do zjednoczenia: „O duszo, najpiękniejsza pomiędzy wszystkimi stworzeniami, która tak pragniesz poznać miejsce, gdzie przebywa twój Umiłowany, abyś Go mogła znaleźć i złączyć się z Nim, wiedz o tym, że ty sama jesteś Jego ustroniem i miejscem tajemnym, gdzie On się ukrywa! Jakież to zadowolenie i wesele wiedzieć, że wszystko twe dobro i cała twa nadzieja jest tak blisko ciebie, że jest w tobie, a raczej, by się lepiej wyrazić, ty nie możesz istnieć bez Niego” (św. Jan od Krzyża). Rozum na Modlitwie Jezusowej jest bierny, poddany pod jeden powtarzany werset; jest podporządkowany wierze, która odsłania Obecnego. Dzięki temu dokonuje się głębsze zjednoczenie pomiędzy człowiekiem a Bogiem. Podświadomość jest poddawana oczyszczeniu przez ciągłe przebywanie z Bogiem. Wydobywane z niej jest to, co nie jest zintegrowane z Bogiem. Wyobraźnia, która nie jest aktywna w czasie modlitwy, wolna jest od fałszywych obrazów Boga. W końcu sfera psychiczna, poddana całkowicie pod władze ducha, uwalniana zostaje pomału z pozornego doświadczenia Boga. „«Przystępujący do Boga winien wierzyć, że Bóg jest» (Hbr 11, 6). Oznacza to, iż ten, kto chce dojść do zjednoczenia z Bogiem, nie powinien iść przez rozumowanie ani opierać się na smakowaniu, odczuwaniu czy wyobraźni – lecz ma wierzyć w istotę Boga, która nie podpada pod rozum, pożądanie, wyobraźnię ani pod żaden inny zmysł. W tym życiu bowiem nie można mieć całkowitego poznania Boga, przeciwnie, nawet najwyższe odczucie czy doznawanie Boga jest nieskończenie dalekie od Boga i od posiadania Go całkowicie” (św. Jan od Krzyża). Zmysłami bowiem nie można poznać Boga, bo Bóg jest duchem.

 

„Oddajemy się na mocy posłuszeństwa szczególnemu powołaniu, imię Jezusa jest… filtrem, przez który mają przejść tylko myśli, słowa i uczynki zgodne z Boską i żywotną rzeczywistością, symbolizowaną przez to imię. Rozrost imienia Jezusa w naszej duszy zakłada odpowiadające mu umieranie naszego rozdwojonego ja, codzienną śmierć egoizmu” (mnich Kościoła wschodniego). Modlitwa Jezusowa zakłada więc zintegrowanie człowieka z Bogiem, drugim człowiekiem, stworzeniem i samym sobą. Im większa jedność z Bogiem, tym większa z całym stworzeniem.

 

Wake Up!

Czas Adwentu, który zostaje nam właśnie podarowany; myślę, że dla nas chrześcijan, dla nas ludzi medytujących, dla nas nieustannie poszukujących Boga jest doskonałą okazją do zrzucenia sandałów przyzwyczajenia i rutyny, aby stanąć raz jeszcze na świętej górze, wobec Tego, który Jest

Matka Kościół przychodzi ze stanowczym Wake Up! i wytrąca nas z letargu naszej obojętności. Marana Tha! w tym czasie zaczyna rozbrzmiewać w nas z całą wyrazistością i jasnością. Noc, zapach dobrej kawy i gęsia skórka stają się atrybutami czuwających. W tym czasie jesteśmy zaproszeni do wyostrzenia zmysłów, powrotu do siebie samych oraz spotkania się z tym, co w nas najbardziej pierwotne. Strąceni odwiecznym pragnieniem w przepaść Obecności, spadamy puszczając wszystko, wchodząc w spotkanie, z Tym, który zwyczajnie i nieustannie dla nas Jest. Ożywiające Umieranie!

*   

tak ja, wtłoczony do wnętrza, dopiero mam być. Znienacka, na dwa tysiąclecia przed tym nowym stworzeniem, którym się napawamy wyczuwając dotykiem, nagle: twarzą w twarz z tobą narodzę się w oku.

Rainer Maria Rilke

Chciałbym się z Wami podzielić refleksją nad Ewangelią, którą czytamy w I Niedzielę Adwentu. Ona jest krzewem, który płonie, a nie spala się nawołując do porzucenia tego wszystkiego, do czego z taką łatwością się przyzwyczailiśmy. Perykopa markowa rozpoczyna się i kończy wezwaniem wzywającym nas do Czuwania. Biblia Tysiąclecia tłumaczy ten fragment w ten sposób: „Uważajcie, czuwajcie…” Dosłownie jednak można ten, fragment przetłumaczyć następująco: „Patrzcie, trwajcie bez snu…”. Niektóre zaś starożytne rękopisy dodają również wezwanie: „módlcie się”. Naszym pierwszym aktem czuwania, staje się więc uważność! Uważność na to wszystko, co nas otacza. Mamy uważać na nasze obecne tu i teraz, aby niczego nie przeoczyć. Mamy stać się uważni, aby dostrzec samych siebie, wobec Tego, który Jest, pośród naszych zajęć zwyczajnych i prostych. Być uważnymi, oznacza, że mamy na swoje życie po prostu patrzeć. Franz Jalcis SJ w swojej książce Rekolekcje Kontemplatywne, zaznacza różnicę jaka zachodzi między zwykłym patrzeniem, a obserwowaniem. Ten, kto obserwuje szuka wiedzy i informacji, pragnie coś osiągnąć, pragnie posiąść poznanie i zawładnąć obserwowaną rzeczywistością. Natomiast zwykłe patrzenie nie chce niczego osiągnąć. Z oglądania rodzi się miłość do oglądanego. Patrzenie jest bezinteresowne, wolne od egoizmu. Dlatego też, nigdy byśmy nie chcieli, aby Bóg nas obserwował. On spojrzeniem pełnym miłości zwyczajnie na nas patrzy. „Pan patrzy z nieba, widzi wszystkich synów ludzkich.” Ps 33,13

Jednak prawdziwe czuwanie to coś więcej, niż tylko uważność. Nasze czuwanie, nie jest czasowe, lecz eschatologiczne. Jest nieustanne i delikatnie wyczulone na Bożą Obecność w naszym życiu. W paralelnej perykopie ewangelicznej u św. Mateusza pojawia się nowy termin „hetoimoi – gotowi, przygotowani”. Ewangelista Mateusz wprowadza ten nowy termin, aby urozmaicić terminologię określającą postawę czujności. Czujność więc, staje się czymś więcej, niż tylko zwykłym oczekiwaniem np. na bliską osobę, która ma przybyć na określoną godzinę. Jeśli nie przybędzie dziś, to jutro już nie czekam, ponieważ miała być wczoraj. Owa czujność zakłada już teraz, całkowite przygotowanie, całkowitą i nieustanną moją gotowość. Jest to niejako postawienie całej mojej przyszłości w obecnym tu i teraz. Moja przyszłość jest teraz. Moja paruzja dokonuje się już teraz. Nie potem, nie za X lat… Teraz! Jeszcze bardziej to wybrzmiewa w dalszym fragmencie:  „Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie.” „Przyjdzie” – dosłownie zaś: „przychodzi”. W greckim oryginale, jest to czasownik użyty w czasie teraźniejszym niedokonanym. Potrzeba czuwania wzmaga się, gdyż paruzja Pana, Jego przychodzenie jest realne i namacalne. Wydarzające się w czasie obecnym. On przychodzi do nas nieustannie. W każdym momencie, w każdej chwili. „Bo w Nim żyjemy, poruszamy się i jesteśmy” Dz 17,28. Wobec takiego przychodzenia Pana, rodzi się w nas potrzeba czuwania i nieustannej gotowości serca. Wszystko co jest mi dane, dokonuje się w teraźniejszości. On jest teraz, w tym czasie, na tym miejscu… mogę Go przyjąć… mogę Go również przegapić. Bóg jest nieustanną Nowością, jak mówił św. Jan od Krzyża. On nigdy nie przychodzi do Nas dwa razy, w ten sam sposób. Zawsze jest Inny, zawsze Nowy, zawsze Cały. Nasza uważność i czujność, pozwala nam Go odkrywać, pozwala nam wejść w miłującą Obecność, która nieustannie płonie, a nigdy się nie spala.

Czuwanie jest więc, wewnętrzną wędrówką od nieobecności do obecności Pana. Swoim czuwaniem strzegę domu Pana, podczas Jego tajemniczej wędrówki. I przez swoją postawę uważności, czujności, nieustannej modlitwy i gotowości serca urzeczywistniam Jego Obecność. Jesteśmy Obrazem Obecności Pana! „A zwłaszcza rozumiejcie chwilę obecną: teraz nadeszła dla was godzina powstania ze snu. Teraz bowiem zbawienie jest bliżej nas, niż wtedy, gdyśmy uwierzyli.” Rz 13,11

*

z daleka przychodzisz Boże

z najodleglejszych krain mojej duszy

– nigdy tam jeszcze nie byłem

*

nie rozumiałem zbliżającej się Obecności

– przychodziła cierpliwie czekała zapraszała do pójścia za sobą…

otaczające mnie ciemności zostały rozproszone – ujrzałem

teraz zupełnie inny świat

– o którym zawsze marzyłem a którego nie potrafiłem sobie

nawet wyobrazić…

nie zatrzymywał jednak wzroku na sobie ale prowadził mnie

wciąż dalej głębiej

ku czemuś co zaledwie mogłem przeczuwać a co przynosiło

z sobą posmak przygody…

…wędrując wyczuwałem przenikającą cały ten świat Obecność

która – tego byłem pewien – powodowała te przemiany

i do której one prowadziły

i chociaż wszystko wokół w jakiś sposób mówiło o niej

pragnąłem ujrzeć ją samą – dotrzeć do źródła które mnie

niosło przyciągało prowadziło

i dopiero już poza wszelkimi horyzontami poza wszelką

odległością – ujrzałem Światłość…

Antoni Rachmajda

Marana Tha! Czuwajmy! Pozwólmy poprowadzić się Obecności… wciąż dalej… głębiej… do źródła Ożywiającego Umierania.

Oddychać Imieniem Jezus

Modlić się nieustannie, tak jak na pielgrzymce, oddychać imieniem Jezusa – co to właściwie znaczy? Czy chodzi tylko o to, abyśmy cały czas powtarzali swoją modlitwę, abyśmy byli w niej zanurzeni?

„Jezus opowiedział tłumom tę przypowieść: „Królestwo niebieskie podobne jest do ziarnka gorczycy, które ktoś wziął i posiał na swej roli. Jest ono najmniejsze ze wszystkich nasion, lecz gdy wyrośnie, jest większe od innych jarzyn i staje się drzewem, tak że ptaki przylatują z powietrza i gnieżdżą się na jego gałęziach”. Mt 13, 31 -35 Nasza modlitwa jest jak ziarno gorczycy, z maleńkiego nasionka wyrasta wielkie drzewo. Oddychamy imieniem Jezusa, przyjmujemy królestwo niebieskie i zmienia się nasze życie, my się zmieniamy. Całe nasze życie staje się modlitwą, wszystko co robimy – gotowanie obiadu dla rodziny, pielenie ogródka, nasza praca, rozmowy z innymi ludźmi, jazda samochodem. Królestwo Boże to Bóg w naszym życiu…

Wolność i dar – czyli ewangeliczny młodzieniec w kilku odsłonach…

Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne.
Kim jest bogaty młodzieniec i czego dotyczy ten niezwykły tekst? Tajemnicza postać młodzieńca towarzyszy mi na tyle długo i wyraźnie, pozostawiając przy tym wewnętrzny ślad, że postanawiam się jej przyjrzeć i zmierzyć z jej niezgłębioną tajemnicą… Pisząc o „zmierzeniu się z tajemnicą” nie mam na myśli zrozumienia jej… Byłoby to działanie rzeczywiście karkołomne i frustrujące, a co najważniejsze – całkowicie skazane na porażkę… Dlaczego? Ponieważ nie da się zrozumieć czegoś, co można jedynie smakować poprzez własne doświadczenie, a doświadczając stopniowo odkrywać przez całe swoje życie…